wtorek, 14 kwietnia 2015

Zamek Rajsko, Gryfów i M.Gessler w tle.


 W niedzielę korzystając z pięknej wiosennej pogody wyruszylismy w drogę. Celem był zamek Rajsko.
Gdy wspomniałem o tym zamku to wzbudziłem zaciekawienie. A gdzie to? Mieszkanki Zgorzelca mimo, że mieszkają tu od urodzenia jakoś nie natknęły się na informację o nim. Czocha- o, to tak, ale już o tym obiekcie nie słyszały.
Nie dziwię się w sumie, bo do niedawna ponoć był w ruinie.
  Zameczek jest pięknie położony na zboczu góry, piękny choć jak na nazwę "zamek" robi wrażenie małego. Dopiero po wejściu na dziedziniec okazuje się, że swoją kubaturę ma.

   Zamek po odbudowie czeka na dopuszczenie do używalności i dlatego jak na razie zwiedzanie i wejście na wieżę nie jest możliwe, mimo wielu chętnych.
Ciekawa jest historia tego obiektu- gotycki zamek obronny był też siedzibą rycerzy-rozbójników. Spalony i częściowo zniszczony przez husytów leżał w ruinie ponad 400 lat. Odbudowany w stylu (?!) neogotyckim przy wykorzystaniu ornamentyki pierwotnego zamku sprawia wrażenie bajkowego. Pełnił rolę muzeum gdzie pokazywane były dzieła sztuki bedące własnością właścicieli zamku i pałacu w Biedrychowicach (też piękny obiekt). Przed II wojną światową był schroniskiem młodzieżowym a za czasów PRL rozgrabiony, zniczczony popadł w ruinę jak wiekszość pałaców i zamków na tych ziemiach. Dziś jak widac znów odzyskał świetność i może być atrakcją do obejrzenia dla mieszkańców okolicznych miast i turystów. Warto tu zajrzeć bo i niedaleko od zamku Czocha (po drugiej stronie zalewu). Gdy jako obiekt hotelarski zostanie udostepniony turystom może stać się przykładem, że warto i trzeba ratować dziedzictwo tych ziem. Polska Dolina Loary odzyskała kolejny obiekt a ile jeszcze czeka na odbudowę jak na przykład pobliski zamek Gryf ( też piękna monumentalna budowla).






























Parę zdjęć obazujących ten zameczek.

   Po wizycie na zamku pojechalismy do Gryfowa Sląskiego. Jadąc do Jeleniej Góry czy do Karpacza mijałem to miasteczko widząc białą wieżę ratusza ale niegdy nie miałem okazji zajechac tam by obejrzeć ja z bliska. Zaciekawiony jak wygląda centrum miasta pojechałem na sam rynek. 


























 Rynek z zabudową XVII i XVIII wieczną oraz ratusz ze swą białą wieżą (trochę specyficzne połączenie stylów) wart obejrzenia. Obok ratusza fontanna. Całość psuje jedna pierzeja rynku zabudowana w stylu -późny Gierek. Nie kpokuszono się przy remontach elewacji na nadanie jakiegoś stylu nawiązującego do pozostałych zabytkowych budowli a przydałby się choćby dach spadzisty a nie płaski bo to wygląda okropnie. Wiadomo chodziło pewnie o brak środków. Szkoda. Ogólnie malownicze misteczko i gdyby jeszcze trochę pieniędzy na renowację zabytkowych kamieniczek to byłaby perełka. Warto jednak tam zajechać na parę minut i wejść do gotyckiego kościoła! Warto to mało jest takich miejsc.
































Nad rzeką Kwisą zrobiłem sobie parę zdjęć. Może nie wszyscy wiedzą, że część pereł znajdujących się w skarbcu królewskim w Dreźnie pochodzi własnie z Kwisy. Tu w tej czystej rzece żyły małże. Może nadal żyją bo woda czysta, nie to co Nysa w Zgorzelcu.







Po obejrzeniu rynku udalismy się w ślady Magdy Gessler do ... "Obory".  Restauracja po kuchenych rewolucjach.
Zjedliśmy tam obiad. Tanio, dużo i ..., mnie smakowało ale żona mówi- Magdo wróć!

























piątek, 10 kwietnia 2015

Smoleńsk



   Obawiałem się kolejnej rocznicy tzw. Tragedii Smoleńskiej. Sądziłem, że Smoleńsk znowu będzie wszędzie, w prasie, telewizji, internecie a potem to już człowiek obawia się otworzyć lodówkę by i tam nie natknąć się na „Smoleńsk”. We wszystkich rodzajach, przypadkach i liczbach.
Tym razem, nawet w porównaniu z latami poprzednimi wszystko urosło, wyolbrzymiało.

   Kontrolowany przeciek z Prokuratury Wojskowej stenogramów podgrzał atmosferę. Nie wiem czy to był dobry pomysł by takie informacje podać teraz. Zamiar był dobry. Wyciek miał sprowokować do wypowiedzi Antoniego M. i Jarosława K.., Gdy oni się zaczynali wypowiadać to do tej pory ich notowania zawsze spadały. Obawiam się jednak, że tym razem może być inaczej, jeśli nie pokieruje się odpowiednio, aby znowu popadli w absurdy. Chociaż po wczorajszych wypowiedziach to oni w sumie już tam są- tylko ludzie muszą to zobaczyć.
 Pojawienie się nowych stenogramów trochę nadszarpnęło i tak już wątłe zaufanie do prokuratury. Nie każdy jest na tyle rozsądny i obeznany ze szczegółami technicznymi nowych odczytów natomiast rodzi podejrzenie manipulacji.
Każdy zdrowo myślący i mający iloraz inteligencji ponad poziom średnio rozwiniętego szympansa już dawno zrozumiał, że to był nieszczęśliwy wypadek a raczej suma zaniedbań, uchybień, arogancji i stresu.

Ten lot w ogóle nie powinien się odbyć, ale jak to w Polsce – tyle razy się udało to i tym razem też się uda

   W jak dużym stresie musiała pracować załoga samolotu. Start opóźniony jak zwykle przez parę prezydencką ( oni zawsze się spóźniali),potem info o mgle, niewypowiadany, ale istniejący nacisk poprzez sama nawet obecność gen Błasika w kokpicie ( jestem w 100 % przekonany, że tam jednak był). Gdy do tego stresu dodamy braki w wyszkoleniu i trudne warunki to obraz staje się czytelny- nie potrzeba było żadnych wybuchów.

   Komisje badające katastrofy lotnicze na całym świcie podkreślają, że problem z pilotami wojskowymi przechodzącymi do lotnictwa cywilnego jest taki, że wojskowym wpaja się zadaniowość, czyli wykonanie powierzonego zadania a nie rzetelna ocena bezpieczeństwa lotu. Linie lotnicze TransPeru bazujące na pilotach wojskowych kosztowało to kilka tragicznych w skutkach katastrof możliwych do uniknięcia. W większości przypadków cywilni piloci podejmowaliby inne decyzje.
 Z całym szacunkiem dla pani Błasik, bo broni imienia męża, ale taka jest prawda, że znając środowisko mundurowe to siedział w kokpicie i to nie dla swojej przyjemności, lecz by dopilnować by sprawnie wylądować w Smoleńsku, bo przecież wszyscy czekają, bo „mały” się zdenerwuje, bo BOR nie zapewnił ochrony na lotniskach zapasowych- same problemy.

   Teraz o zamachu- byłoby to nie ekonomiczne. Brak jakiegokolwiek uzasadnienia.
Kaczyński wystarczająco się kompromitował na arenie międzynarodowej i tak na dobra sprawę nie na rękę byłoby go uśmiercać czyniąc z najgorszego Prezydenta RP, postać w Europie ocenianą, jako tragikomiczną- męczennika narodu. Nielogiczne, nieekonomiczne i w ogóle bez sensu.

   Wczoraj Antek zabrał głos. Słuchałem tych bredni przyzwyczajony do jego absurdów, ale jak wyskoczył z „przedmurzem” i „salwą” – to mało z krzesła nie spadłem. Jemu jednak się pogarsza a wydawało mi się to niemożliwe. Lec pisał o stukaniu od spodu dna, ale nie przewidział, że są tacy, co potrafią zejść jeszcze poniżej dna dna i tam od spodu usłyszą głos Antoniego.
Przedmurzem już byliśmy i jakoś nie ma, z czego być dumnym. Od dziś nie jeden wybuch, ale trzy- to salwa w zachodnią cywilizację- jejku to przecież musi boleć. Czy takimi wypowiedziami nie prowokuje się działań odwetowych, czy gdyby sytuacja była odwrotna to byłoby ok i cacy?

   Powołanie komisji międzynarodowej do zbadania przyczyn katastrofy-, czemu nie tylko, jakiej? Kto miałby prowadzić, jaka agencja i czy gdyby doszła do podobnych wniosków jak nasza to byłby spokój? Zawsze ktoś by zarzucił jej stronniczość- takie to już nasze „polskie piekiełko”.
Ja nawet przychylam się do tego pomysłu, bo dość mam już tego chocholego tańca na grobach.
Mam tego serdecznie dość, bo to jest plugawe, niecne, cyniczne i niechrześcijańskie uprawiać politykę na ofiarach i cierpieniu rodzin i bliskich ofiar. Do maluczkich duchem to jednak nie dotrze, muszą dostać po głowie by w końcu zrozumieli, jakimi hienami są. Niezależnie, kto i z jakiej opcji się wywodzi.
Trudno niech to potrwa trochę, bo przecież inna komisja nie zrobi tego w dwa tygodnie tylko przeciągnie się na kilka miesięcy lub nawet na lata. Inaczej będziemy skazani na wieczne wysłuchiwanie bzdur i głupot.
Dajmy w końcu spocząć w pokoju tym, którzy stracili tam życie, uszanujmy pamięć o Nich.

wtorek, 24 marca 2015

Umierac za Ojczyznę - komentarz do dyskusji.


Dziś trochę z innej beczki.

   Przez media przemknęła dyskusja na temat dziś gorący a mianowicie poboru do wojska i ewentualna wizja konfliktu zbrojnego.

Podgrzewanie histerii wojennej jest jedynie na rękę tym, którzy próbują osłabić nasza pozycję w świecie. Nie chciałbym się wpisywać w tą dyskusję ale jednak pewne rzeczy chciałbym podkreślić jako swój punkt widzenia obecnej sytuacji.
Stare przysłowie powiada, że historia lubi się powtarzać, inna zaś mądrość ludowa mówi- Mądry Polak po szkodzie. Te stwierdzenia jak się okazuje mają swoje odbicie w obecnej sytuacji w Polsce.

   W mediach osoby z pierwszych stron gazet ubolewają nad tym, że zapytani obywatele tego kraju nie chcą umierać za ojczyznę, że wolą emigrować w obliczu konfliktu- a ja się chciałbym zapytać czego się spodziewali? Jakiej odpowiedzi oczekiwali na takie pytanie? Jaką alternatywę dano społeczeństwu?

Na obecne poglądy rzutują przecież doświadczenia z historii. Hołubiona II RP a właściwie jej upadek pokazuje jak zachowuje się elita polityczna w sytuacji wojny- chroni przede wszystkim własne interesy i emigruje pozostawiając obywateli własnemu losowi i wspiera słowem solidarności i poparcia. Żenujące. 

   We wrześniu 39 roku władze uciekały do Rumunii, Naczelne Dowództwo zamiast prowadzić wojnę a więc przegrupować wojsko, wykorzystując Armię Poznań, która stała bezczynna, do opóźnienia marszu Wermachtu na Warszawę, uruchomienia rezerw przeprowadzała operację dyslokacji na tyle sprawnie i szybko, że utracono łączność z jednostkami frontowymi, a potem sprawnie ewakuując się za granicę do końca wierząc w sojusznicze zapewnienia o odsieczy.

Dziś słyszymy od polityków, w tym byłego lidera trzeciej siły politycznej w kraju, że on jakby co to emigruje, zapewnienia o bezpieczeństwie gwarantowanym przez NATO, gdy widzimy demonstracje siły to nie dziwi, że myśl o ucieczce jest tak popularna.

Nikt nie chce umierać, nikt nie chce narażać własnej rodziny i bliskich na śmierć- tu nie ma co się dziwić.

I tu uwaga.

Jeśli umierać za Ojczyzną to nie za taką elitę polityczną jaką mamy, nie za władze nieudolne, nie za aferowiczów, nie za obłudny kler i kościół polski ale właśnie za nasze domy, za rodziny za pamięć o tych co o tą ojczyznę walczyli przed nami.
Nasza historia jest historią pełną przelanej krwi za Ojczyznę. Rok temu pisałem jakie to szczęście, że żyjemy w czasach gdy dorasta następne pokolenie znające wojnę tylko z filmów i książek – to właśnie jest zadanie polityków by tak sprawować powierzone przez nas obowiązki by unikać konfliktów zbrojnych i by prowadzić kraj drogą pokoju. Nie zawsze się da- jak uczy też historia.

Jestem pewny, że obecne wyniki ankiet to tylko deklaracje a te mają to do siebie, że w rzeczywistości ni jak się mają do faktycznego zachowania. W obliczu konfliktu zapewniam, że społeczeństwo ponownie stanęło by na wysokości zadania tylko czy... nasze władze przygotowały to społeczeństwo do tej próby?

Nic z chęci walki, nic z patriotycznego zapału gdy brak jest wiedzy i umiejętności. Mobilizacja to nie tylko wydanie mundurów i broni. Przecież większość młodzieży nie ma nawet bladego pojęcia jak strzelać z karabinu a co dopiero nim toczyć walkę. Wiedza z filmu „Rambo” nie wystarczy. Strach by się jeszcze przed magazynem broni nie postrzelili. Piszę o podstawie a przecież technika wojskowa poszła o wiele dalej, broń jest coraz bardziej wyrafinowana i coraz bardziej skomplikowana- nam potrzeba żołnierzy a nie mięsa armatniego. Przykład Ukrainy pokazuje, że jednostki pospolitego ruszenia nie mają szans w starciu z wyszkolonymi żołnierzami. Szkolenie na linii frontu jest zaś bardzo kosztowne bo płacić trzeba życiem.
Władze zaufały zbytnio gwarancjom NATO i sytuacji politycznej jaka trwała przez dwadzieścia lat. Teraz czas trzeba nadrabiać a to nie takie proste. Zaniechano powszechnego poboru do armii ( co było słuszne z punktu ekonomicznego widzenia) ale nie stworzono nic w zamian. Armia zawodowa, sprawna i wyposażona to cel do którego dążono ale niestety jak to u nas nepotyzm, przekręty przy przetargach, układy, likwidacja w skandaliczny sposób WSI doprowadziły do znacznego opóźnienia w programie wojskowym do zmarnowania wielu środków, ludzi ze zdobytym doświadczeniem bojowym.

   Polak musi być mądry przed szkodą i choć twierdzę, że jesteśmy bezpieczni w obliczu konfliktu na wschodzie dziś, jednak warto się zastanowić nad polityką obronną na przyszłość. Sytuacja polityczna nie jest dana raz na zawsze, wschodni sąsiedzi to nie kraje stabilnej demokracji i różnie jeszcze może się dziać a wtedy musimy być gotowi na wyzwania.

   O postawę Polaków jestem spokojny, Nie damy się łatwo pokonać o ile nasze władze nas do tego przygotują a tu już jest trochę gorzej.

środa, 11 marca 2015

Rumunia cz.V i ostatnia.

   Dziś kończę opis wyprawy do Rumunii. Trochę mi się to ciągnęło i wyszło, że opisywanie trwało dłużej niż sam pobyt tam. Cóż, życie mi się trochę komplikuje i czasu mam  mniej na pisanie. Chwilowo.

   Parę słów jeszcze o przeprawie promowej. Dotarliśmy tam jadąc drogą wg mapy i zamiast na most trafiliśmy do przystani. Hm, cóż było robić? Szukać objazdu czy też poczekać trochę i po opłaceniu  przedostać się na drugą stronę rzeki. Szybko zapadła decyzja- płyniemy. Zawsze to coś nowego.
Prom to typowa barka zabierająca na pokład samochody, furmanki i ludzi. Nie przypominał w niczym tych promów ze Świnoujścia. Załadunek odbywał się pod dyktando załogi, z przerwami bo pod wpływem ciężaru pojazdów osiadał i musiał się oddalać od brzegu. Po załadunku odbiliśmy i popłynęliśmy. Pokład metalowy rozgrzany słońcem lekko schładzał wiatr.
 Prom rzeczny.

 Nasz voyager na promie.

 Wjazd samochodów na prom.

 Płyniemy.

Podobny prom płynący w drugą stronę.

   Po dotarciu do Konstanty nad Morze Czarne, uznaliśmy za właściwe natychmiast zanurzyć w nim stopy ( co najmniej stopy). Więc szybko znaleźliśmy parking, równie szybka de-kompletacja ubioru i ruszyliśmy na plażę.
Byliśmy oczywiście z psem, co budziło niejakie zdziwienie wśród opalających się ludzi, ale co tam... idziemy do wody. I poszliśmy. Moje dzieci po raz pierwszy były nad morzem. Marcin do dziś nie powtórzył tego, więc nic dziwnego- atrakcja na 102.
Po jakiejś godzinie podszedł do nas jakiś pan i delikatnie wytłumaczył, że ta akurat plaża jest częścią przyhotelową i z psem nie wolno tu przebywać. Tak to biedny tłumaczył, jakby mu to sprawiało ogromną przykrość, że musimy wyjść.

Jak mus to mus wyszliśmy z plaży mijając znak znak zakazujący wprowadzania psów- jak musieliśmy być zaabsorbowani widokiem morza, że nie zauważyliśmy go.

  Po przejechaniu ok. 5 km. wzdłuż wybrzeża dojechaliśmy do kempingu gdzie można było spokojnie wjechać pod samo morze samochodem, plaża czysta i można było psa brać ze sobą.
Mamaja – fajne miejsce do plażowania. Trochę jak w Mielnie – z jednej strony morze a z drugiej jezioro.
Porozkładane parasole, leżaki ułożone w równych rzędach dostępne dla plażowiczów bez opłat- super. Wieczorem i rano plaża była czyszczona mechanicznie przez ciągnik z czymś co przypominało brony. Tak więc rano było czyściutko, choć już w południe wzdłuż fal pojawiały się skorupy morskich stworzeń i glony. Trochę to było nieprzyjemne chodzenie po skorupiakach.
W dzień były upały, dlatego Marcin siedząc cały dzień w wodzie z materacem spalił się na czerwono. W nocy zaczął gorączkować. Nie dość tego, to jeszcze ok. 2-3 w nocy ciepły wiatr wiejący od morza zmieniał kierunek i zaczęło wiać zimnym powietrzem od jeziora. Pierwszej nocy wyciągnęliśmy z samochodu wszystko czym można było się przykryć. Rankiem gdy słońce zaczęło znowu prażyć wiatr znowu dawał ciepło od morza.
 Mamaja. 

 Jak się nie spiec siedząc cały dzień w wodzie lub na wodzie? 


 Dzieciaki na plaży z psem. 
 Plaża to też miejsce dla zakochanych. 
Plaże czyszczone mechanicznie. Parasole i leżaki dostępne dla każdego. No i nie widziałem tam nigdzie "naszych" parawanów- to chyba nasza tylko specjalność.

    Ciekawie wyglądało gdy na kemping przyjeżdżały samochody.
Po zajęciu miejsca, mężczyzna- głowa rodziny brał butelkę i witał się z sąsiadami, kobiety zaś rozbijały namioty, wyciągały garnki, naczynia , ustawiały grill. Podobał mi się ten podział ról. Kobiety po rozstawieniu biwaku przygotowywały posiłek i wołały swych mężczyzn. Po posiłku wszyscy ruszali dopiero na plażę. Wieczorem znowu mężczyźni nawiązywali znajomości lub grilowali i potem wraz sąsiadami oddawali się uczcie i zabawie. Było wesoło i radośnie. Ares jak zwykle załapywał się na mięso z grilla a raz Rosjanie dali mu taki kawał mięsiwa, że biedny nie dał rady zjeść. Ten to się zawsze urządzi, wystarczy, że da się pogłaskać i o wikt się nie martwi.
My zaś stołowaliśmy się w barze- restauracji delektując się miejscową kuchnią, bardziej pokazując potrawy jakie chcemy zjeść niż wymawiając  ich nazwy. Można tam było smacznie zjeść i tanio. Nawet piwo było tanie i w miarę dobre.
 Fragment naszego kempingu wieczorem.
Nasz namiot i samochód.

   Jednak wszystko co dobre szybko się kończy. Tak to już jest, że czas miło spędzany biegnie dużo szybciej niż byśmy chcieli. Opaleni a raczej spieczeni, pełni wrażeń musieliśmy w końcu ruszyć w drogę powrotną.

Jechaliśmy wzdłuż granicy z Mołdawią , przejeżdżaliśmy przez rejony winnic, ale zupełnie inne niż w Tokaju- wyglądają na zaniedbane i zachwaszczone- wino z nich jednak jest robione dobre i pełne aromatu. Kierowaliśmy się ku granicy z Ukrainą. Na przejście graniczne dotarliśmy późnym popołudniem i zaczęło się. Rumunii odprawili nas bez problemów ale po stronie Ukraińskiej zgodnie z moimi przewidywaniami zaczęły się problemy. Pogranicznik sprawdził paszporty- ok, celnik pozaglądał do samochodu i OK ale fitosanitarny zaczął coś marudzić. Zabrał paszport psa i koniecznie chciał zobaczyć psa, potem coś stękał, że przepisy, że choroby itp. Wiedziałem, że chce łapówki a ja nie daję no i problem. Widząc co się dzieje wróciłem do pogranicznika i mu wytłumaczyłem, kim jestem i nie dam „w łapę”. Po małej konsultacji fitosanitarny oddał paszport psa i z uśmiechem rzekł- Czemu ty nie skazał,  co ty pogranicznik?
- Potomu szto u mienia wsio w pariadkie i o tom ja znaju.

Ruszyliśmy dalej w kierunku Czerniowce szukać noclegu już na Ukrainie ale o tym następnym razem.

   Podsumowując- Rumunia zrobiła na nas wrażenie. Piękny kraj, wart obejrzenia, zwiedzenia. Teraz to już inny kraj niż parę lat temu, więcej Polaków przemierza ten rejon. Polecam z całego serca, dla każdego coś wartego obejrzenia się znajdzie. My do dziś wspominamy ten wyjazd opowiadając przygody, anegdoty i wrażenia jakie w nas zostały. Mówiliśmy sobie kiedyś , że musimy tam wrócić, jednak życie tak nam się poukładało, że chyba nie uda nam się taki wyjazd w tym składzie zorganizować. Córka studiuje w Rzymie, więc atrakcji też ma co niemiara a Marcin może by sobie nad Bałtyk najpierw pojechał. To już dorośli ludzie i … po co im „stary” na wyjeździe?

piątek, 27 lutego 2015

Rumunia cz.IV- Bukareszt

   Bukareszt nie był na liście miejsc do zwiedzania lecz tylko kierunkiem pośrednim do Constanty nad Morzem Czarnym ale jak to u mnie zwykle bywa -plany sobie a rzeczywistość sobie.
Po noclegu w hotelu w małym miasteczku w Transylwanii obraliśmy kierunek na mapie Bukareszt, który mieliśmy ominąć obwodnicą.
Nocleg jaki mieliśmy to zbyt dużo napisane. Do hotelu trzygwiazdkowego nie wpuszczają psów. Trudno. Dzieci miały nocleg w hotelu a ja z moim "sierściuchem" spaliśmy w aucie. To kolejna zaleta tego wozidła, że jest na tyle wygodny by spokojnie można było spać na kanapie. Ja na jednej a pies na drugiej. Czego się nie robi dla swego przyjaciela. Rano partyzantka z kąpielą, bo dzieci się wykąpały w pokoju , potem córka została z psem a ja skorzystałem z dobrodziejstwa cywilizacji- prysznica.
Dzień zapowiadał się słoneczny i po śniadaniu w barze ruszyliśmy w drogę.
Przed wjazdem do Bukaresztu miał być zjazd na obwodnicę i pewnie jakiś był.
Ania siedząc nad mapą widać coś pokręciła lub też zmiana w organizacji ruchu była bo wjazd do stolicy rozkopany był jak Wrocław przed EURO. Tak czy siak , porobiło się. Wjechaliśmy do stolicy Rumunii. Problem- jak tu wyjechać z tej aglomeracji i to we właściwym miejscu.


Dzieci miały radochę bo oglądały, swoją drogą, piękne miasto.
Mały Paryż lub Paryż Wschodu- tak nazywają to miasto podróżnicy i tak jest.






Oprócz architektury podobnej do tej spotykanej w Paryżu to jest to również miasto-białe, miasto światła. Opera, teatr, Parlament to budynki obok, których przejeżdżaliśmy. Ania przez okna robiła zdjęcia a ja kombinowałem jak tu ustawić na kolejnych światłach by pojechać tam gdzie planuję. Gąszcz ulic, duży ruch i dziwne uśmiechnięte twarze pozdrawiające nas stojących na światłach. Trąbienie, machanie i radosne okrzyki trochę mimo iż miło było, że tak traktują Polaków, trochę mnie drażniło. Każdemu odpowiadać na zawołanie
"bun venit in Romania" i co? W końcu zatrzymaliśmy się obok muzeum wojska by zobaczyć na mapie jak z tego galimatiasu wybrnąć.
Niestety ustalenie miejsca i kierunku okazało się dość ryzykowną spekulacją. Zapytamy o drogę tylko jak?
Ja ze starszymi rozmawiałem po rosyjsku a córka z młodzieżą po angielsku. W końcu jedna kobieta zaoferowała nam pomoc i jadąc za nią wyprowadziła nas na drogę do Constanty.
Że też jej się chciało. Są jednak ludzie życzliwi i bezinteresowni na tym świecie. Potem droga wiodła nas prosto nad morze. Przeprawa promowa w upalny dzień to też jedna z atrakcji tego dnia, choć dla Aresa nie za bardzo bo blachy pokładu były rozgrzane słońcem i nie chciałem by się parzył w łapy. Mimo to wyskoczył ale po chwili znowu załadował się do pojazdu. Jednak po tej przeprawie szybko dojechaliśmy do Constanty i po szybkim przebraniu się ruszyliśmy na plażę.
CDN.

 
 

czwartek, 26 lutego 2015

Rumunia cz. III -Transylwania czyli Kraina Wampirów.

    Znowu nastała przerwa, przepraszam ale trochę za dużo zajęć naraz sobie wziąłem na głowę.
Szkolenia, wizyty u potencjalnych klientów, rozliczenia PIT, przemeblowanie zarządzone przez żonę w domu i pozyskiwanie nowych partnerów- trochę tego za dużo, a czasu za mało.

   Wracając do Rumunii – jednym z celów wyprawy była, jak pisałem, TRANSYLWANIA.
Po noclegu w „pensjonacie” i szybkim śniadaniu ruszyliśmy w drogę do krainy wampirów.
Rumunia to naprawdę piękny kraj o zróżnicowanym krajobrazie. Mamy tu niziny, równiny, góry z niekończącymi się serpentynami, morze, duże rzeki i przepiękne obiekty architektoniczne. Warto to zobaczyć.
Drogi podobnie jak w Polsce raz lepsze , a raz gorsze nawet autostrady. Trzeba uważać na ograniczenia prędkości wjeżdżając do wiosek i miasteczek, bo podane na znakach wartości są rzeczywiste, ulice kręte i zakręty 45% stopni a nawet więcej to norma. Uważać też trzeba na stada psów wędrujących ulicami.

   Jechaliśmy przez wioski podziwiając zaskakujące swą kiczowatą architekturą pałacyki cygańskie.
 Trzeba mieć fantazję, pieniądze i nie mieć smaku by stawiać coś takiego. Choć swój urok ma.


Dzieciaki miały ubaw bo co raz coś było Romana, Posta Romana, Policja Romana, a dodam, że wtedy ministrem MEN był Roman G. „wsławiony” wprowadzeniem mundurków, więc radocha podwójna.

Piękne widoki z serpentyn.
   Gdy dotarliśmy do Transylwanii od razu to zauważyliśmy. Zmiana architektury, ubiorów ludzi, pojawienie się bryczek zaprzęgniętych w osiołki. Cóż za klimat. Ulicami wiosek chodzą kobiety w czarnych spódnicach, białych bluzkach i czarnych chustach na głowach. Co poniektóre również mimo upału miały zarzucone czarne żakiety ( czy jak to nazwać? Nie wiem). Mężczyźni również ubrani na czarno w kapeluszach.
Dotarliśmy do celu. Miasto gdzie mieszkał Vlad Tepes czyli Vlad Palownik pierwowzór postaci Hrabiego Drakuli- SIGHISOARY.

 Sighisoara jest malownicza.Takich kamienic jest na starówce mnóstwo.
 Akcent rzymski
 Wieża zegarowa i wjazdowa na zamkowe wzgórze.
 W tej kamienicy mieszkał Vlad Palownik.
 Widok na starówkę z zamku.
Pożegnali nas śpiewem. Rozpoczynał się festiwal muzyki średniowiecznej.

Piękne jest to miasto i zasłużenie wpisano je na listę UNECO. Średniowieczna cytadela do dziś zamieszkana, malownicza z uwagi na różne kolory elewacji i pokrycia dachów. Wieża zegarowa i kościół – obowiązkowy punkt wycieczki. Piękny też widok z cytadeli na stare miasto. Warto też zobaczyć ruiny rzymskiej twierdzy mającej bronić cesarstwa od wschodu.

Po zwiedzaniu doszedłem do wniosku , że to jest takie miasto, z taką magiczną energią, że podobnie jak rzymianie, którzy się tu osiedlili przed wiekami tak i ja mógłbym tam żyć.

   Fajnie było tam pooddychać tym dziwnym ciepłym i miłym powietrzem. Starówka tak malowniczo piękna, że gdyby ją ktoś namalował to można by określić obraz kiczem. Czasem tak jest, że piękno przybiera kiczowatą formę.

   Nie dość atrakcji? No to na Trasę Transfogarską.
Geniusz Karpat” by móc szybko przerzucać wojska pancerne z/na północ postanowił wybudować trasę przez strome góry Fogary. Jak postanowił tak i uczynił. Budowało ją wojsko, ile żołnierzy tam zginęło to chyba nigdy się nikt nie dowie ale powstała wspaniała trasa dostępna tylko parę tygodni w roku.
My w połowie lipca mieliśmy okazje lepić kule śnieżne.

    Wjazd na trasę rozpoczęliśmy serpentynami, stromizny i zakręty. Wydawać by się mogło, że nie skończą się. Trochę zacząłem się zastanawiać czy Voyager da sobie rade na wyższych wysokościach gdzie powietrze jest rzadsze. Ale dzielnie się spisywał. Zatrzymaliśmy się gdy tylko przekroczyliśmy granicę chmur bo dzieciaki zrobiły „wow” na widok kłębiących się poniżej chmur. 


 Woda dla psa musi się zawsze znaleść.
 Betonowe osłony przed spadającymi kamieniami.
 Parking nad chmurami.
 Widok w dół skąd przyjechaliśmy.
 Niestety córka "złapała" mnie na jedzeniu sera owczego lub precli sprzedawanych tam przez górali.
 Osiołki.

 Widok z korony zapory.
Dracula zaprasza na nocleg ;-)

    Dojechaliśmy do małego parkingu i mogliśmy się rozkoszować widokiem.

Nie konie to jednak jazdy w górę, kolejne zakręty , wodospady, zatrzymaliśmy się przy jednym z nich bo obok leżał jeszcze śnieg. Potem znowu w górę aż dojechaliśmy do górnej stacji kolejki linowej i do tunelu przekutego przez sam szczyt. Tunel to za dużo powiedziane, przebity w skale, źle oświetlony przejazd. Nieobetonowany, w surowej skale wykuty tunel by wąski na tyle, że aby minęły się dwie osobówki to trzeba było zwolnić i jechać prawie „na lusterka”. Jak długo jechało się na górę tak szybko minął zjazd. Córka przez okna robiła zdjęcia i tylko raz zatrzymaliśmy się by mogła pogłaskać pasące przy drodze się osiołki. Droga doprowadziła nas do zapory wodnej. Inna niż zapora solińska, inny rodzaj hydro- budowli. Wysoka na 160 m wydaje się mniejsza ale biorąc pod uwagą wysokość to masa spiętrzonej wody robi wrażenie. Skoki bungee odwołane z powodu deszczu- szkoda miałem ochotę na skok w tą przepaść- dziś niedozwolona dla mnie przyjemność przez kardiologa. Po krótkim postoju ruszyliśmy szukać miasteczka i jakiegoś lokum na nocleg.


I to by było na dziś tyle.
A jeszcze jedna uwaga na tle aktualnych wiadomości.
"IDA" dostała OSCARA a my mamy jeszcze więcej radości bo "Grand Budapest Hotel" dostał 4 Oscary a kręcony był w naszym mieście.