wtorek, 24 marca 2015

Umierac za Ojczyznę - komentarz do dyskusji.


Dziś trochę z innej beczki.

   Przez media przemknęła dyskusja na temat dziś gorący a mianowicie poboru do wojska i ewentualna wizja konfliktu zbrojnego.

Podgrzewanie histerii wojennej jest jedynie na rękę tym, którzy próbują osłabić nasza pozycję w świecie. Nie chciałbym się wpisywać w tą dyskusję ale jednak pewne rzeczy chciałbym podkreślić jako swój punkt widzenia obecnej sytuacji.
Stare przysłowie powiada, że historia lubi się powtarzać, inna zaś mądrość ludowa mówi- Mądry Polak po szkodzie. Te stwierdzenia jak się okazuje mają swoje odbicie w obecnej sytuacji w Polsce.

   W mediach osoby z pierwszych stron gazet ubolewają nad tym, że zapytani obywatele tego kraju nie chcą umierać za ojczyznę, że wolą emigrować w obliczu konfliktu- a ja się chciałbym zapytać czego się spodziewali? Jakiej odpowiedzi oczekiwali na takie pytanie? Jaką alternatywę dano społeczeństwu?

Na obecne poglądy rzutują przecież doświadczenia z historii. Hołubiona II RP a właściwie jej upadek pokazuje jak zachowuje się elita polityczna w sytuacji wojny- chroni przede wszystkim własne interesy i emigruje pozostawiając obywateli własnemu losowi i wspiera słowem solidarności i poparcia. Żenujące. 

   We wrześniu 39 roku władze uciekały do Rumunii, Naczelne Dowództwo zamiast prowadzić wojnę a więc przegrupować wojsko, wykorzystując Armię Poznań, która stała bezczynna, do opóźnienia marszu Wermachtu na Warszawę, uruchomienia rezerw przeprowadzała operację dyslokacji na tyle sprawnie i szybko, że utracono łączność z jednostkami frontowymi, a potem sprawnie ewakuując się za granicę do końca wierząc w sojusznicze zapewnienia o odsieczy.

Dziś słyszymy od polityków, w tym byłego lidera trzeciej siły politycznej w kraju, że on jakby co to emigruje, zapewnienia o bezpieczeństwie gwarantowanym przez NATO, gdy widzimy demonstracje siły to nie dziwi, że myśl o ucieczce jest tak popularna.

Nikt nie chce umierać, nikt nie chce narażać własnej rodziny i bliskich na śmierć- tu nie ma co się dziwić.

I tu uwaga.

Jeśli umierać za Ojczyzną to nie za taką elitę polityczną jaką mamy, nie za władze nieudolne, nie za aferowiczów, nie za obłudny kler i kościół polski ale właśnie za nasze domy, za rodziny za pamięć o tych co o tą ojczyznę walczyli przed nami.
Nasza historia jest historią pełną przelanej krwi za Ojczyznę. Rok temu pisałem jakie to szczęście, że żyjemy w czasach gdy dorasta następne pokolenie znające wojnę tylko z filmów i książek – to właśnie jest zadanie polityków by tak sprawować powierzone przez nas obowiązki by unikać konfliktów zbrojnych i by prowadzić kraj drogą pokoju. Nie zawsze się da- jak uczy też historia.

Jestem pewny, że obecne wyniki ankiet to tylko deklaracje a te mają to do siebie, że w rzeczywistości ni jak się mają do faktycznego zachowania. W obliczu konfliktu zapewniam, że społeczeństwo ponownie stanęło by na wysokości zadania tylko czy... nasze władze przygotowały to społeczeństwo do tej próby?

Nic z chęci walki, nic z patriotycznego zapału gdy brak jest wiedzy i umiejętności. Mobilizacja to nie tylko wydanie mundurów i broni. Przecież większość młodzieży nie ma nawet bladego pojęcia jak strzelać z karabinu a co dopiero nim toczyć walkę. Wiedza z filmu „Rambo” nie wystarczy. Strach by się jeszcze przed magazynem broni nie postrzelili. Piszę o podstawie a przecież technika wojskowa poszła o wiele dalej, broń jest coraz bardziej wyrafinowana i coraz bardziej skomplikowana- nam potrzeba żołnierzy a nie mięsa armatniego. Przykład Ukrainy pokazuje, że jednostki pospolitego ruszenia nie mają szans w starciu z wyszkolonymi żołnierzami. Szkolenie na linii frontu jest zaś bardzo kosztowne bo płacić trzeba życiem.
Władze zaufały zbytnio gwarancjom NATO i sytuacji politycznej jaka trwała przez dwadzieścia lat. Teraz czas trzeba nadrabiać a to nie takie proste. Zaniechano powszechnego poboru do armii ( co było słuszne z punktu ekonomicznego widzenia) ale nie stworzono nic w zamian. Armia zawodowa, sprawna i wyposażona to cel do którego dążono ale niestety jak to u nas nepotyzm, przekręty przy przetargach, układy, likwidacja w skandaliczny sposób WSI doprowadziły do znacznego opóźnienia w programie wojskowym do zmarnowania wielu środków, ludzi ze zdobytym doświadczeniem bojowym.

   Polak musi być mądry przed szkodą i choć twierdzę, że jesteśmy bezpieczni w obliczu konfliktu na wschodzie dziś, jednak warto się zastanowić nad polityką obronną na przyszłość. Sytuacja polityczna nie jest dana raz na zawsze, wschodni sąsiedzi to nie kraje stabilnej demokracji i różnie jeszcze może się dziać a wtedy musimy być gotowi na wyzwania.

   O postawę Polaków jestem spokojny, Nie damy się łatwo pokonać o ile nasze władze nas do tego przygotują a tu już jest trochę gorzej.

środa, 11 marca 2015

Rumunia cz.V i ostatnia.

   Dziś kończę opis wyprawy do Rumunii. Trochę mi się to ciągnęło i wyszło, że opisywanie trwało dłużej niż sam pobyt tam. Cóż, życie mi się trochę komplikuje i czasu mam  mniej na pisanie. Chwilowo.

   Parę słów jeszcze o przeprawie promowej. Dotarliśmy tam jadąc drogą wg mapy i zamiast na most trafiliśmy do przystani. Hm, cóż było robić? Szukać objazdu czy też poczekać trochę i po opłaceniu  przedostać się na drugą stronę rzeki. Szybko zapadła decyzja- płyniemy. Zawsze to coś nowego.
Prom to typowa barka zabierająca na pokład samochody, furmanki i ludzi. Nie przypominał w niczym tych promów ze Świnoujścia. Załadunek odbywał się pod dyktando załogi, z przerwami bo pod wpływem ciężaru pojazdów osiadał i musiał się oddalać od brzegu. Po załadunku odbiliśmy i popłynęliśmy. Pokład metalowy rozgrzany słońcem lekko schładzał wiatr.
 Prom rzeczny.

 Nasz voyager na promie.

 Wjazd samochodów na prom.

 Płyniemy.

Podobny prom płynący w drugą stronę.

   Po dotarciu do Konstanty nad Morze Czarne, uznaliśmy za właściwe natychmiast zanurzyć w nim stopy ( co najmniej stopy). Więc szybko znaleźliśmy parking, równie szybka de-kompletacja ubioru i ruszyliśmy na plażę.
Byliśmy oczywiście z psem, co budziło niejakie zdziwienie wśród opalających się ludzi, ale co tam... idziemy do wody. I poszliśmy. Moje dzieci po raz pierwszy były nad morzem. Marcin do dziś nie powtórzył tego, więc nic dziwnego- atrakcja na 102.
Po jakiejś godzinie podszedł do nas jakiś pan i delikatnie wytłumaczył, że ta akurat plaża jest częścią przyhotelową i z psem nie wolno tu przebywać. Tak to biedny tłumaczył, jakby mu to sprawiało ogromną przykrość, że musimy wyjść.

Jak mus to mus wyszliśmy z plaży mijając znak znak zakazujący wprowadzania psów- jak musieliśmy być zaabsorbowani widokiem morza, że nie zauważyliśmy go.

  Po przejechaniu ok. 5 km. wzdłuż wybrzeża dojechaliśmy do kempingu gdzie można było spokojnie wjechać pod samo morze samochodem, plaża czysta i można było psa brać ze sobą.
Mamaja – fajne miejsce do plażowania. Trochę jak w Mielnie – z jednej strony morze a z drugiej jezioro.
Porozkładane parasole, leżaki ułożone w równych rzędach dostępne dla plażowiczów bez opłat- super. Wieczorem i rano plaża była czyszczona mechanicznie przez ciągnik z czymś co przypominało brony. Tak więc rano było czyściutko, choć już w południe wzdłuż fal pojawiały się skorupy morskich stworzeń i glony. Trochę to było nieprzyjemne chodzenie po skorupiakach.
W dzień były upały, dlatego Marcin siedząc cały dzień w wodzie z materacem spalił się na czerwono. W nocy zaczął gorączkować. Nie dość tego, to jeszcze ok. 2-3 w nocy ciepły wiatr wiejący od morza zmieniał kierunek i zaczęło wiać zimnym powietrzem od jeziora. Pierwszej nocy wyciągnęliśmy z samochodu wszystko czym można było się przykryć. Rankiem gdy słońce zaczęło znowu prażyć wiatr znowu dawał ciepło od morza.
 Mamaja. 

 Jak się nie spiec siedząc cały dzień w wodzie lub na wodzie? 


 Dzieciaki na plaży z psem. 
 Plaża to też miejsce dla zakochanych. 
Plaże czyszczone mechanicznie. Parasole i leżaki dostępne dla każdego. No i nie widziałem tam nigdzie "naszych" parawanów- to chyba nasza tylko specjalność.

    Ciekawie wyglądało gdy na kemping przyjeżdżały samochody.
Po zajęciu miejsca, mężczyzna- głowa rodziny brał butelkę i witał się z sąsiadami, kobiety zaś rozbijały namioty, wyciągały garnki, naczynia , ustawiały grill. Podobał mi się ten podział ról. Kobiety po rozstawieniu biwaku przygotowywały posiłek i wołały swych mężczyzn. Po posiłku wszyscy ruszali dopiero na plażę. Wieczorem znowu mężczyźni nawiązywali znajomości lub grilowali i potem wraz sąsiadami oddawali się uczcie i zabawie. Było wesoło i radośnie. Ares jak zwykle załapywał się na mięso z grilla a raz Rosjanie dali mu taki kawał mięsiwa, że biedny nie dał rady zjeść. Ten to się zawsze urządzi, wystarczy, że da się pogłaskać i o wikt się nie martwi.
My zaś stołowaliśmy się w barze- restauracji delektując się miejscową kuchnią, bardziej pokazując potrawy jakie chcemy zjeść niż wymawiając  ich nazwy. Można tam było smacznie zjeść i tanio. Nawet piwo było tanie i w miarę dobre.
 Fragment naszego kempingu wieczorem.
Nasz namiot i samochód.

   Jednak wszystko co dobre szybko się kończy. Tak to już jest, że czas miło spędzany biegnie dużo szybciej niż byśmy chcieli. Opaleni a raczej spieczeni, pełni wrażeń musieliśmy w końcu ruszyć w drogę powrotną.

Jechaliśmy wzdłuż granicy z Mołdawią , przejeżdżaliśmy przez rejony winnic, ale zupełnie inne niż w Tokaju- wyglądają na zaniedbane i zachwaszczone- wino z nich jednak jest robione dobre i pełne aromatu. Kierowaliśmy się ku granicy z Ukrainą. Na przejście graniczne dotarliśmy późnym popołudniem i zaczęło się. Rumunii odprawili nas bez problemów ale po stronie Ukraińskiej zgodnie z moimi przewidywaniami zaczęły się problemy. Pogranicznik sprawdził paszporty- ok, celnik pozaglądał do samochodu i OK ale fitosanitarny zaczął coś marudzić. Zabrał paszport psa i koniecznie chciał zobaczyć psa, potem coś stękał, że przepisy, że choroby itp. Wiedziałem, że chce łapówki a ja nie daję no i problem. Widząc co się dzieje wróciłem do pogranicznika i mu wytłumaczyłem, kim jestem i nie dam „w łapę”. Po małej konsultacji fitosanitarny oddał paszport psa i z uśmiechem rzekł- Czemu ty nie skazał,  co ty pogranicznik?
- Potomu szto u mienia wsio w pariadkie i o tom ja znaju.

Ruszyliśmy dalej w kierunku Czerniowce szukać noclegu już na Ukrainie ale o tym następnym razem.

   Podsumowując- Rumunia zrobiła na nas wrażenie. Piękny kraj, wart obejrzenia, zwiedzenia. Teraz to już inny kraj niż parę lat temu, więcej Polaków przemierza ten rejon. Polecam z całego serca, dla każdego coś wartego obejrzenia się znajdzie. My do dziś wspominamy ten wyjazd opowiadając przygody, anegdoty i wrażenia jakie w nas zostały. Mówiliśmy sobie kiedyś , że musimy tam wrócić, jednak życie tak nam się poukładało, że chyba nie uda nam się taki wyjazd w tym składzie zorganizować. Córka studiuje w Rzymie, więc atrakcji też ma co niemiara a Marcin może by sobie nad Bałtyk najpierw pojechał. To już dorośli ludzie i … po co im „stary” na wyjeździe?

piątek, 27 lutego 2015

Rumunia cz.IV- Bukareszt

   Bukareszt nie był na liście miejsc do zwiedzania lecz tylko kierunkiem pośrednim do Constanty nad Morzem Czarnym ale jak to u mnie zwykle bywa -plany sobie a rzeczywistość sobie.
Po noclegu w hotelu w małym miasteczku w Transylwanii obraliśmy kierunek na mapie Bukareszt, który mieliśmy ominąć obwodnicą.
Nocleg jaki mieliśmy to zbyt dużo napisane. Do hotelu trzygwiazdkowego nie wpuszczają psów. Trudno. Dzieci miały nocleg w hotelu a ja z moim "sierściuchem" spaliśmy w aucie. To kolejna zaleta tego wozidła, że jest na tyle wygodny by spokojnie można było spać na kanapie. Ja na jednej a pies na drugiej. Czego się nie robi dla swego przyjaciela. Rano partyzantka z kąpielą, bo dzieci się wykąpały w pokoju , potem córka została z psem a ja skorzystałem z dobrodziejstwa cywilizacji- prysznica.
Dzień zapowiadał się słoneczny i po śniadaniu w barze ruszyliśmy w drogę.
Przed wjazdem do Bukaresztu miał być zjazd na obwodnicę i pewnie jakiś był.
Ania siedząc nad mapą widać coś pokręciła lub też zmiana w organizacji ruchu była bo wjazd do stolicy rozkopany był jak Wrocław przed EURO. Tak czy siak , porobiło się. Wjechaliśmy do stolicy Rumunii. Problem- jak tu wyjechać z tej aglomeracji i to we właściwym miejscu.


Dzieci miały radochę bo oglądały, swoją drogą, piękne miasto.
Mały Paryż lub Paryż Wschodu- tak nazywają to miasto podróżnicy i tak jest.






Oprócz architektury podobnej do tej spotykanej w Paryżu to jest to również miasto-białe, miasto światła. Opera, teatr, Parlament to budynki obok, których przejeżdżaliśmy. Ania przez okna robiła zdjęcia a ja kombinowałem jak tu ustawić na kolejnych światłach by pojechać tam gdzie planuję. Gąszcz ulic, duży ruch i dziwne uśmiechnięte twarze pozdrawiające nas stojących na światłach. Trąbienie, machanie i radosne okrzyki trochę mimo iż miło było, że tak traktują Polaków, trochę mnie drażniło. Każdemu odpowiadać na zawołanie
"bun venit in Romania" i co? W końcu zatrzymaliśmy się obok muzeum wojska by zobaczyć na mapie jak z tego galimatiasu wybrnąć.
Niestety ustalenie miejsca i kierunku okazało się dość ryzykowną spekulacją. Zapytamy o drogę tylko jak?
Ja ze starszymi rozmawiałem po rosyjsku a córka z młodzieżą po angielsku. W końcu jedna kobieta zaoferowała nam pomoc i jadąc za nią wyprowadziła nas na drogę do Constanty.
Że też jej się chciało. Są jednak ludzie życzliwi i bezinteresowni na tym świecie. Potem droga wiodła nas prosto nad morze. Przeprawa promowa w upalny dzień to też jedna z atrakcji tego dnia, choć dla Aresa nie za bardzo bo blachy pokładu były rozgrzane słońcem i nie chciałem by się parzył w łapy. Mimo to wyskoczył ale po chwili znowu załadował się do pojazdu. Jednak po tej przeprawie szybko dojechaliśmy do Constanty i po szybkim przebraniu się ruszyliśmy na plażę.
CDN.

 
 

czwartek, 26 lutego 2015

Rumunia cz. III -Transylwania czyli Kraina Wampirów.

    Znowu nastała przerwa, przepraszam ale trochę za dużo zajęć naraz sobie wziąłem na głowę.
Szkolenia, wizyty u potencjalnych klientów, rozliczenia PIT, przemeblowanie zarządzone przez żonę w domu i pozyskiwanie nowych partnerów- trochę tego za dużo, a czasu za mało.

   Wracając do Rumunii – jednym z celów wyprawy była, jak pisałem, TRANSYLWANIA.
Po noclegu w „pensjonacie” i szybkim śniadaniu ruszyliśmy w drogę do krainy wampirów.
Rumunia to naprawdę piękny kraj o zróżnicowanym krajobrazie. Mamy tu niziny, równiny, góry z niekończącymi się serpentynami, morze, duże rzeki i przepiękne obiekty architektoniczne. Warto to zobaczyć.
Drogi podobnie jak w Polsce raz lepsze , a raz gorsze nawet autostrady. Trzeba uważać na ograniczenia prędkości wjeżdżając do wiosek i miasteczek, bo podane na znakach wartości są rzeczywiste, ulice kręte i zakręty 45% stopni a nawet więcej to norma. Uważać też trzeba na stada psów wędrujących ulicami.

   Jechaliśmy przez wioski podziwiając zaskakujące swą kiczowatą architekturą pałacyki cygańskie.
 Trzeba mieć fantazję, pieniądze i nie mieć smaku by stawiać coś takiego. Choć swój urok ma.


Dzieciaki miały ubaw bo co raz coś było Romana, Posta Romana, Policja Romana, a dodam, że wtedy ministrem MEN był Roman G. „wsławiony” wprowadzeniem mundurków, więc radocha podwójna.

Piękne widoki z serpentyn.
   Gdy dotarliśmy do Transylwanii od razu to zauważyliśmy. Zmiana architektury, ubiorów ludzi, pojawienie się bryczek zaprzęgniętych w osiołki. Cóż za klimat. Ulicami wiosek chodzą kobiety w czarnych spódnicach, białych bluzkach i czarnych chustach na głowach. Co poniektóre również mimo upału miały zarzucone czarne żakiety ( czy jak to nazwać? Nie wiem). Mężczyźni również ubrani na czarno w kapeluszach.
Dotarliśmy do celu. Miasto gdzie mieszkał Vlad Tepes czyli Vlad Palownik pierwowzór postaci Hrabiego Drakuli- SIGHISOARY.

 Sighisoara jest malownicza.Takich kamienic jest na starówce mnóstwo.
 Akcent rzymski
 Wieża zegarowa i wjazdowa na zamkowe wzgórze.
 W tej kamienicy mieszkał Vlad Palownik.
 Widok na starówkę z zamku.
Pożegnali nas śpiewem. Rozpoczynał się festiwal muzyki średniowiecznej.

Piękne jest to miasto i zasłużenie wpisano je na listę UNECO. Średniowieczna cytadela do dziś zamieszkana, malownicza z uwagi na różne kolory elewacji i pokrycia dachów. Wieża zegarowa i kościół – obowiązkowy punkt wycieczki. Piękny też widok z cytadeli na stare miasto. Warto też zobaczyć ruiny rzymskiej twierdzy mającej bronić cesarstwa od wschodu.

Po zwiedzaniu doszedłem do wniosku , że to jest takie miasto, z taką magiczną energią, że podobnie jak rzymianie, którzy się tu osiedlili przed wiekami tak i ja mógłbym tam żyć.

   Fajnie było tam pooddychać tym dziwnym ciepłym i miłym powietrzem. Starówka tak malowniczo piękna, że gdyby ją ktoś namalował to można by określić obraz kiczem. Czasem tak jest, że piękno przybiera kiczowatą formę.

   Nie dość atrakcji? No to na Trasę Transfogarską.
Geniusz Karpat” by móc szybko przerzucać wojska pancerne z/na północ postanowił wybudować trasę przez strome góry Fogary. Jak postanowił tak i uczynił. Budowało ją wojsko, ile żołnierzy tam zginęło to chyba nigdy się nikt nie dowie ale powstała wspaniała trasa dostępna tylko parę tygodni w roku.
My w połowie lipca mieliśmy okazje lepić kule śnieżne.

    Wjazd na trasę rozpoczęliśmy serpentynami, stromizny i zakręty. Wydawać by się mogło, że nie skończą się. Trochę zacząłem się zastanawiać czy Voyager da sobie rade na wyższych wysokościach gdzie powietrze jest rzadsze. Ale dzielnie się spisywał. Zatrzymaliśmy się gdy tylko przekroczyliśmy granicę chmur bo dzieciaki zrobiły „wow” na widok kłębiących się poniżej chmur. 


 Woda dla psa musi się zawsze znaleść.
 Betonowe osłony przed spadającymi kamieniami.
 Parking nad chmurami.
 Widok w dół skąd przyjechaliśmy.
 Niestety córka "złapała" mnie na jedzeniu sera owczego lub precli sprzedawanych tam przez górali.
 Osiołki.

 Widok z korony zapory.
Dracula zaprasza na nocleg ;-)

    Dojechaliśmy do małego parkingu i mogliśmy się rozkoszować widokiem.

Nie konie to jednak jazdy w górę, kolejne zakręty , wodospady, zatrzymaliśmy się przy jednym z nich bo obok leżał jeszcze śnieg. Potem znowu w górę aż dojechaliśmy do górnej stacji kolejki linowej i do tunelu przekutego przez sam szczyt. Tunel to za dużo powiedziane, przebity w skale, źle oświetlony przejazd. Nieobetonowany, w surowej skale wykuty tunel by wąski na tyle, że aby minęły się dwie osobówki to trzeba było zwolnić i jechać prawie „na lusterka”. Jak długo jechało się na górę tak szybko minął zjazd. Córka przez okna robiła zdjęcia i tylko raz zatrzymaliśmy się by mogła pogłaskać pasące przy drodze się osiołki. Droga doprowadziła nas do zapory wodnej. Inna niż zapora solińska, inny rodzaj hydro- budowli. Wysoka na 160 m wydaje się mniejsza ale biorąc pod uwagą wysokość to masa spiętrzonej wody robi wrażenie. Skoki bungee odwołane z powodu deszczu- szkoda miałem ochotę na skok w tą przepaść- dziś niedozwolona dla mnie przyjemność przez kardiologa. Po krótkim postoju ruszyliśmy szukać miasteczka i jakiegoś lokum na nocleg.


I to by było na dziś tyle.
A jeszcze jedna uwaga na tle aktualnych wiadomości.
"IDA" dostała OSCARA a my mamy jeszcze więcej radości bo "Grand Budapest Hotel" dostał 4 Oscary a kręcony był w naszym mieście.

wtorek, 17 lutego 2015

Wspomnień czar- Rumunia cz.II

   O ile przejazd przez Słowację i Węgry minął pod znakiem delikatnego słońca o tyle Rumunia przywitała nas deszczem, mgłą ale nie było zimno. Granicę przekroczyliśmy w pobliżu Oradei. Po odprawie postanowiłem kupić winietę, ponoć dostępną na stacjach benzynowych. Podjechałem na stację i okazało się , że nie ma a ekspedientka wskazała na stację po przeciwnej stronie czteropasmowej drogi wiodącej do i z przejścia granicznego. Wsiadłem w samochód i w poprzek pasów podjechałem do drugiej stacji, ale i tak winiet nie było. Trudno jedziemy bez, nie chcą naszych pieniędzy to nie. Ruszamy w drogę. Dziarsko znowu przejechałem przez trzy pasy ruchu , podwójną ciągłą linię i miałem zamiar jechać w kierunku Oradei ale okazało się , że moje „wyczyny” były obserwowane przez policjantów stojących pomiędzy zaparkowanymi przy drodze samochodami.
Tak, doszło do pierwszego i jedynego bliskiego spotkania III stopnia z policją Rumuńską. Trudności językowe nadrobione gestykulacją nie przeszkodziły dogadać się i po okazaniu legitymacji IPA ucięliśmy sobie pogawędkę jak „koledzy po fachu”. Z życzeniami szerokiej drogi (i bez mandatu ani łapówki) ruszyliśmy w głąb tego, jak się okazało pięknego kraju.
   Przejeżdżając obwodnicą Oradei mieliśmy dziwne wrażenie jakbyśmy jechali przez środek jakiegoś zakładu pracy fabryki. Po obu stronach drogi jakieś instalacje przemysłowe, przejeżdżające w poprzek maszyny i ciężarówki – czy przypadkiem zamiast na obwodnice nie wjechałem faktycznie do jakiejś fabryki? - takie pojawiło się pytanie ale zaraz wątpliwości nasze zostały rozwiane przez pojawiające się salony samochodowe pomiędzy halami produkcyjnymi. Zresztą jak się później okazało to normalna sprawa , że przy wjeździe do miast najpierw widzieliśmy obiekty przemysłowe a potem dopiero zabudowania miejskie.
Takie indiustralne "kwiatki" są na porządku dziennym.

  Kierując się na Cluj-Napoca przemierzaliśmy kolejne kilometry, kolejne serpentyny ( o tych to w tym kraju nie brakuje) i podziwialiśmy piękne krajobrazy.
Jeden z widoczków, po trasie.

    O godz. 18- tej doszedłem do wniosku, że czas rozejrzeć się za jakimś noclegiem. Trafiliśmy do szumnie nazwanym pensjonatem domu przy głównej trasie, gdzie za śmieszne pieniądze otrzymaliśmy  trzy miejsca noclegowe i zezwolenie na nocleg psa w pokoju.
Nasz "pensjonat"- nie było źle. Proszę zwrócić uwagą jak prowadzone są rury gazowe- na powierzchni.

Właściciel kaleczył język polski i opowiadał jak pracował na budowie w Katowicach (świat jest naprawdę mały). W miejscowym sklepie zrobiliśmy zakupy na kolację i śniadanie oraz … miskę dla psa bo okazało się, że zapomnieliśmy. Zakupy tez fajnie wyglądały bo nie mogąc nas zrozumieć Pani ekspedientka poprosiła bym wszedł za ladę i sam sobie wybierał co mi potrzebne- ciekawe czy u nas takie coś się zdarza.
Po kolacji położyliśmy się spać bo czekała nas droga do Transylwanii …

sobota, 14 lutego 2015

Wspomnień czar- Rumunia cz.I

    Naruszę trochę chronologię i opiszę wyjazd do Rumunii pomimo że wcześniej jeździliśmy po Ukrainie ale tak będzie chyba lepiej.

Opisywałem już przy okazji relacji z wyprawy na Węgry, że moje wyjazdy to trochę tak na żywioł rzucone eskapady. No, może nie tak do końca bo trasa wcześniej wytyczona a i o miejscach ciekawych po trasie trochę informacji zbierałem.
Pisałem też, że wyjazd na Węgry uświadomił mi krótkowzroczność jako ojca i jedynego dorosłego w czasie wyprawy. Co by się stało z dziećmi gdyby przydarzyło mi się coś niespodziewanego? O wypadkach nie myślimy, nie planujemy ale zdarzają się. Wydaje się zawsze, że przydarzają się innym , nie nam ale przecież nie mamy żadnej gwarancji, że tym razem tym innym będę ja. Kierunek wyjazdu jaki obrałem dodatkowo zmotywował mnie do zapewnienia dzieciakom jakiegoś zabezpieczenia. Ubezpieczyłem siebie i dzieci. Wyposażyłem je w nr telefonów do rezydentów ubezpieczyciela na Węgrzech i Rumunii oraz do przedstawicielstw konsularnych, tak na wszelki wypadek.

Dlaczego Rumunia?
Dzieci były akurat w okresie zafascynowania jakimś filmem o Drakuli a to podsunęło mi pomysł zobaczenia Transylwanii a skoro tam już byśmy jechali to koniecznie trzeba by wjechać na Trasę Transfogarską i tak powoli układał się plan wyprawy.

   Trochę obawiałem się tego wyjazdu ze względu na to , że kierunek był dość egzotyczny wśród znajomych no i przecież parę lat wcześniej zatrzymywałem nielegalnie przekraczających granicę obywateli tego kraju, a w miastach pełno było żebrzących Rumunów. Koledzy pukali się czoło jak opowiadałem im gdzie planuję wyruszyć. Okradną, pobiją – nie masz gdzie jechać?- to słyszałem ale było już za późno. Decyzja podjęta, dzieciaki nastawione na wyjazd. Trudno , zobaczymy jak to będzie.
Całe to planowanie to raptem tydzień. Szybki wyjazd na Ukrainę by zatankować „szeryfa”, pożyczyłem namiot ( na wszelki wypadek) i zaczęliśmy się pakować w piątek by rankiem wyjechać.
   Pakowanie też było na zasadzie wszystko co może się przydać- lepiej więcej zapakować niż miałoby nam czegoś braknąć.   W nocy jak zwykle w takich wypadkach nie mogłem spokojnie spać, w głowie powstawały różne scenariusze, wizje komplikacji itd. Zresztą nie tylko mnie męczyły natrętne myśli, tylko Ares spał jakby nigdy nic nie przeczuwając, że czeka go nie lada spacer.  Rano pobudka o 6-tej karmienie psa, ostatni przegląd i uzupełnienie bagaży no i w trasę.
Skład wyprawy na tle "szeryfa"

   Zadania były podzielone, Marcin jako, że miał chorobę lokomocyjną siedział z przodu, na kanapie za mną Ania z mapą (biedronkową) Europy jako pilot a Ares na tylnej, największej kanapie miał za zadanie... no, miał tylko być spokojnie, bo przeważnie się wiercił.


   Ruszyliśmy przez Radoszyce do Słowacji, odprawił mnie mój kolega, który przez parę miesięcy był u  nas na przejściu jako Kierownik Zmiany. Razem ze słowackim pogranicznikiem życzyli nam szczęścia powątpiewając , że to będzie udana wycieczka.
   „Szeryf” czyli Chrysler Voyager choć nie ma osiągów sportowego auta bo niby jak by miał to mieć gdy pod maską pracował włoski silnik z … ciągnika ale miał tą zaletę, że dosłownie łykał kilometry ze stałą prędkością a nam zapewniał na tyle dużo miejsca, że Ania spokojnie mogła sobie spać na kanapie, osobno drzemał Ares a my faceci jechaliśmy przez całą Słowację i zatrzymaliśmy się na chwilę by rozprostować nogi dopiero w Tokaju na jednej z winnic.
   Pogoda nam sprzyjała, było ciepło ale nie gorąco świeciło słońce ale delikatnie zza cienkiej warstewki chmur.
Popas na zjeździe do winnicy w Tokaju.
   Po krótkim postoju ruszyliśmy dalej aż do granicy Węgiersko -Rumuńskiej. Po Węgrzech się dobrze jeździ, drogi są dobre, znaków jest zdecydowanie mniej a te co są to właściwie określają ruch drogowy- nie to co u nas.

  Dla nas zagadką było jak będzie po przekroczeniu granicy i wjeździe do kraju „Geniusza Karpat”. Coś w tym jest, że ludzie bezwzględni pozostawiają po sobie czasem bardzo dobre rzeczy na których realizację nie zdecydowałby się demokratyczny rząd. Mussoliniemu włochy zawdzięczają sieć autostrad, przelotowość Rzymu, punktualność pociągów, Napoleonowi europejczycy zawdzięczają kodeks cywilny a Francuzi setki budowli, itd. Hitler i Stalin tez zostawili po sobie parę dobrych rzeczy … nie to jest jednak tematem – dobrze, że ich już nie ma.

  O samym wjeździe do Rumunii napisze następnym razem, bo … no właśnie, :-)

Dlaczego nie odnosimy sukcesów w mlm?

   To tytułowe pytanie zaprząta głowę wielu ludziom rozpoczynającym pracę w tym biznesie.
Przeważnie do tej działalności wciąga nas ktoś znajomy opisując jaki to jest dobry sposób na życie, na dodatkową gotówkę itp.
   Potem jedziemy na szkolenia tam trenerzy nam robią wodę z mózgów, jak to jest wspaniale a jak będzie jeszcze lepiej tylko przyłącz się i zaangażuj. Roztaczają przed nami wizję wspaniałej lekkiej pracy i bogactwa serwując wizualizację w postaci słupków, tabel wynagrodzeń i pokazując ile ktoś zarobił. SUPER. Jesteśmy oczarowani, energetycznie naładowani i pełni werwy. Wracając do domów obmyślamy strategie, w głowie pulsują słupki naszych dochodów a w uszach słyszymy szelest banknotów stuzłotowych. No to teraz pokażemy światu jakimi jesteśmy bossami.

   W następnych dniach spotykamy się ze znajomymi, dzwonimy po kolegach i koleżankach. No i tu zderzamy się ze ścianą. Mimo naszych zachwalań oni nie chcą naszych towarów, usług. Cała ta energia, która mieliśmy po szkoleniu powoli opada, schodzi z nas powietrze. Co jest? Jak to tak?- pytami się sami siebie. Telefon od naszego menadżera dopinguje nas do pracy bo plan sprzedażowy  leży tylko nas dobija, na odczepnego wykonujemy kilka telefonów , spotkań i już jesteśmy świadomi swej klęski. Pełna frustracja wkrada się nam do głowy. Jak to się dzieje, że taki dobry produkt nie znajduje nabywców, Dlaczego innym się to udaje a nam nie? Może mlm to nie dla nas?
Męczymy się, nie śpimy po nocach, sny o bogactwie zmieniają się w koszmary o dopadającej nas biedzie. Nasz stan umysłu rzutuje na nasze życie codzienne, frustracja w połączeniu z codziennymi problemami rodzinnymi powoduje wzrost agresji i zaczyna się wszystko nam sypać.

   Co ze mną jest nie tak? Ja się do tego nie nadaję! - te wnioski determinują rezygnację z pracy i pozostawiają przeświadczenie, że to jakieś naciąganie, coś nie dobrego.

   Wielki błąd jaki popełniają trenerzy to nieprzygotowanie adeptów do sytuacji odmowy, do prowadzenia tak rozmowy by zawsze można było do klienta powrócić z tym tematem przygotowanym już lepiej.

   Teraz omówię pytania jakie sobie musimy postawić- te naprawdę ważne w tej pracy.

Czy produkt który sprzedaję jest dobry?

Może nawet nie tyle ważne jest faktyczna jakość co nasze przekonanie o tej jakości. Człowiek który sprzedaje coś do czego sam nie jest przekonany musi być z pewnością bardzo dobrym aktorem by przekonać klientów do swej oferty. Chyba, że wykorzystuje się socjotechnikę jak sprzedawcy pościeli wełnianych, garnków a więc wyższa szkoła jazdy.

Czy trafiam we właściwy profil odbiorcy?

Każdy produkt ma swego kupca i nie ważne co to jest czy to usługa czy jakiś niszowy produkt, ważne by pasował do człowieka , do jego charakteru i oczekiwań.

Czy mam właściwą motywację?

Motywacja w tej pracy jest jedną z kluczowych kwestii. Zastanówmy się czy i jak silną mamy motywację. Czy ma to być tylko takie sobie dorobienie do pensji czy idziemy na całego a więc zasadniczy dochód? Im większa motywacja i determinacja tym większa szansa na sukces nie tylko w mlm ale we wszystkich dziedzinach życia. Tak to już jest w życiu, że gdy mamy tzw. nóż na gardle, jakaś tragedia w rodzinie, katastrofa finansowa to mamy tak silną motywację, że jesteśmy w stanie zrobić rzeczy do których wydaje się nam, że nie jesteśmy zdolni.

Jak rozmawiamy z potencjalnym klientem?

Ważne jest jak rozmawiamy z osobą której sprzedajemy towar bądź usługę. Pierwsza sprawa to przekonanie o czym już wcześniej wspomniałem. Musimy sami być pewni co do jakości naszej oferty- kłamstwo jest szybko wyczuwane przez rozmówcę. Musimy być komunikatywni. To oznacza, że należy się trochę pouczyć z psychologii o komunikacji, bo nie oznacza to, że mamy zarzucić rozmówcę całą masą informacji i ofercie lecz tak prowadzić rozmowę by rozmówca sam zaczął dociekać szczegółów. Nie możemy prowadzić rozmowy z pozycji mądrzejszego, wiedzącego więcej, to ma być rozmowa w której podsuwamy jedynie rozwiązanie jakiejś życiowej sprawy w życiu naszego klienta.

   Jeszcze jedna uwaga- w czasie takiej rozmowy nie sprzedajemy towaru lub usługi lecz siebie. Musimy stworzyć siebie jako przedstawiciela idei, historii postaci związanej z towarem. To my jesteśmy podmiotem sprzedaży natomiast usługa czy towar jest dodatkiem do naszej postaci.
Ogólna zasada jest w naszym życiu jest taka. Musimy pracować, robić coś, dzwonić, spotykać się, rozmawiać utrzymywać dobre relacje z ludźmi. Nikt za nas tego nie zrobi, nie ma na co czekać. Sukces, w każdej dziedzinie życia, sam do nas nie przyjdzie- trudno, trzeba trochę wysiłku włożyć by osiągnąć coś o czym marzymy.

   Co ja robię i czym się zajmuję? A to proste. Jestem takim szczęściarzem, że oferuję ludziom coś przyjemnego, coś wspaniałego. Bo czyż jest coś przyjemniejszego niż podróżowanie i wypoczynek w egzotycznych miejscach. A gdy dodam, że przyłączając się do mnie można podróżować z gwarancją najniższej ceny, że im więcej podróżujesz tym mniej za to płacisz a nawet możesz zacząć zarabiać, to sam powiedz czy jest coś lepszego? To przecież coś o czym każdy marzy. Każdy by chciał być na wczasach w cztero- czy pięciogwiazdkowych hotelach, by na lotnisko wyjeżdżała po niego limuzyna hotelowa, by spędzać wakacje nie tylko w luksusowych warunkach ale i z towarzystwem o podobnych zainteresowaniach i pozytywnie zakręconych.

   No cóż, ja tak mam ale podobnie jak większość działających na rynku mlm muszę stale się uczyć, poznawać ludzi bo bez tego niewiele wskóramy.