piątek, 31 października 2014

O tych co odeszli - Liceum Ogólnokształcące w Ustrzykach Dolnych.

   Zbliża się czas wspomnień i zadumy o tych którzy nas opuścili.

    Listopad- miesiąc gdy przyroda pozornie obumiera, gdy my po wakacyjno-letnich wojażach „osiadamy” w swych domach rodzi się potrzeba refleksji i pewnych podsumowań naszego życia.
Dziś chciałbym wspomnieć o swych nauczycielach jakich dane mi było spotkać w czasach licealnych.
Liceum Ogólnokształcące w Ustrzykach Dolnych to była w sumie za moich czasów mała szkoła, raptem 4 klasy po dwa oddziały ale i miasteczko nie duże.

Napiszę o paru nauczycielach którzy mnie uczyli i wspominam ich ciepło do dziś z różnych powodów.
- Pan Dyrektor liceum Stanisław Dul- niczego mnie nie uczył ale w pamięci mej pozostał, gdy stojąc na korytarzu w rozpiętej marynarce, podczas apelów zwoływanych na okoliczność kolejnych ucieczek klas z zajęć mówił donośnym głosem - „ Wam to trzeba byki paść a nie chodzić do liceum! Do was nic nie może trafić! Jak nie chcecie się uczyć to przecież nie musicie, tyle jest roboty w PGR-ach”.

-Pan Kazimierz Szmyd – postać sama w sobie ciekawa. Mnie uczył historii i podstaw łaciny. Uczył ale nie nauczył. Na jego lekcjach historii najmniej chyba było mowy o historii, ale był to ciekawy człowiek, z bogatym życiorysem i doświadczeniem życiowym. W mej pamięci pozostał nie tylko jako nauczyciel na etacie w szkole ale pokazał mi inną rzecz nie mniej ważną w życiu.
Pamiętam go jak często spacerował po mieście, powolnym krokiem, z dostojeństwem wraz ze swoją żoną . Rozmawiali ze sobą, pozdrawiali napotkanych przechodniów i znajomych. Biła od nich taka serdeczność i szacunek jakby byli dopiero po ślubie. Ta para zawsze się wyróżniała na tle mijanych na chodniku, czy parku ludzi. Marzyłem, by kiedyś też tak właśnie dane mi było spacerować ze swoją żoną i mieć dla siebie tyle szacunku,serca i wspólnych tematów do opowiadania- i tak się chyba stało. Teraz i ja z Moją Małgorzatą często spacerujemy wspólnie po parku z psem.
- Nauczyciel chemii p. Kołodziński to już w ogóle była postać nietuzinkowa. Nie mieścił się w żadnych ramach. Jego sposób nauczania nudnego z pozoru przedmiotu jakim jest ścisła chemia to majstersztyk pedagogiki. Nie dało się u Niego nie uważać na lekcjach lub kombinować. W czasie jednej lekcji potrafił kilka razy przepytać 30-sto osobową klasę wystawiając oceny. System oceniania też był specyficzny- można było otrzymać po pół czwóreczki, całą czwóreczkę, małą czwóreczkę a z „ciężkiego nalotu” tj. sprawdzianu dużą ocenę. Jego momenty wychowawcze przedstawiane w humorystyczny sposób, wtrącane w wykłady przedmiotu powodowały, że lekcje nigdy nie były nudne. Dał się zapamiętać, gdy na przerwach stojąc w kolejce na wąskich schodach krzyczał „ Szybciej przebierajcie nogami a szybciej będziecie szli”. Niestety nauczyciel ten w stanie wojennym został osunięty od nauczania z uwagi na jego poglądy i działalność -„tajne nauczania”.

Wspomniałem tylko o trzech nauczycielach, choć i pozostałych obrazy są w mej pamięci, ale z uwagi na krótką formę ograniczam się do wybrania tych.

   Cała kadra naszego liceum dała nam oprócz wiedzy, do jakiej musieliśmy dojść zgodnie z programem, ciekawość świata. Wszczepiła nam chęć poszukiwań. Ograniczone programy, cenzurowane media zmuszały nas po doszukiwań wiadomości, do poszerzania naszych horyzontów.
Uczono nas samodzielnego zdobywania i szukania odpowiedzi na nurtujące nas pytania. To nauczyciele w tych latach byli faktycznymi przewodnikami po świecie nauki, literatury, kultury. My zaś nie obdarzeni łatwym dostępem do informacji w necie szukaliśmy, organizowaliśmy spotkania, wieczory poezji, kółka literackie, DKF-y. Dzięki temu wyszliśmy po maturze z większą wiedzą o świecie niż kończący studia dzisiejsi magistrowie.

   Ci ludzie nie tylko nas uczyli, ale i swym życiem dawali przykład jak żyć godnie, jak zasłużyć sobie za szacunek innych i po latach trwać w pamięci innych jako prawi ludzie.

Za tą ciekawość świata, za wiedzę i trud oraz czasem ryzyko w przekazywaniu niezakłamanych informacji jestem wdzięczny wszystkim swym nauczycielom. Tym, którzy już odeszli zapewniam, że będą w mej pamięci wspominani z szacunkiem jaki Im się należy.    

czwartek, 30 października 2014

Dwoje ludzi czy już para.

   Miałem nie tak dawno ciekawą rozmowę, a właściwie dwie rozmowy z osobami, które próbowały być ze sobą ale... nie wyszło.

Kobieta skarżyła się, że mimo iż tak wiele dawała z siebie swemu facetowi nie otrzymywała nic w zamian. Nie stworzył dla niej poczucia bezpieczeństwa emocjonalnego, nie dawał wsparcia.
Czuła się zawiedziona, oszukana. Tak bardzo się starała a tu nic z tego.
Tak się złożyło, że po paru dniach spotkałem ex partnera tejże dziewczyny i w czasie rozmowy padło sakramentalne pytanie – co się stało, że nie jesteście ze sobą już razem?
Usłyszałem odpowiedź taką samą jaką dała dziewczyna.

Więc niby jak to jest z tym dawaniem i otrzymywaniem w związkach?

Dlaczego oboje mieli poczucie krzywdy?
Oboje się starali, oboje dawali z siebie to co mieli najlepszego a nie otrzymywali tego czego oczekiwali. Tak czasem się dzieje, że obdarowując czymś nie trafiamy w potrzeby drugiej osoby i dlatego ona nawet tego nie zauważa.
Dla niego codzienne wstawanie o 6 -tej rano by zawieźć ją do pracy było poświęceniem swego czasu, snu a dla niej to zwykła czynność, nic takiego. Dla niego pójście na dancing z nią było zmuszaniem się do zabawy, która go w ogóle nie bawiła a dla niej to przecież tylko rozrywka. Dla niej zaś przygotowywanie posiłku to duża sprawa bo gotować nie lubi a dla niego to coś normalnego, że po powrocie z pracy ma przygotowany obiad.

   Podobnie z innymi rzeczami, suma takich na pozór drobnostek sprawia, że dwie osoby mimo że niby są ku sobie, nie są w stanie zbudować nic trwałego.
Związek pomiędzy dwojgiem ludzi musi opierać się na równowadze w dawaniu i otrzymywaniu ale obie strony muszą być świadome czym dla obu stron są rzeczy ważne a jakie zupełnie błahe.
Jakże często obdarzamy drugą osobę czymś co jej tak naprawdę nie jest w zupełności potrzebne a nawet obarczamy ją tym swoim darem. Wymuszamy niejako wdzięczność i oczekujemy rewanżu. A rewanżu nie będzie. Wykalkulowanie sobie co damy za co- to zaprzeczenie niejako idei bycia razem.
Jeśli kogoś kocham i coś dla tej osoby robię to nie oczekuję zwrotu pod inna postacią. Jeśli miłość jest obopólna to obie strony nawet nie zauważają jak taka wymiana przebiega. Wiadomo tez, że życie nigdy nie jest idealne i czasem coś zazgrzyta, coś nie wyjdzie ale po to są rozmowy by sobie wyjaśniać co i dlaczego tak się stało.

   Rozmowa, szczera rozmowa partnerów potrafi rozwiązać większość problemów. Mówienie i artykułowanie swych potrzeb niesie konieczność ważenia problemów i to co w naszej świadomości urosło do rangi niebotycznej wypowiedziane okazuje się drobną sprawą do załatwienia od razu. Nie raz bywa, że obie strony chcą tego samego ale swymi działaniami doprowadzają do rzeczy zupełnie odwrotnych i dopiero w rozmowie okazuje się, że robili to dla drugiej osoby bo wydawało im się że tego właśnie pragnie. Komedia pomyłek, ale ileż razy kończy się to gniewami, utarczkami.
Rozmowy potrafią rozładować emocje, wyjaśniać i interpretować swe potrzeby.
Nowo poznani sobie ludzie na początku potrafią rozmawiać ze sobą godzinami o tym co ich interesuje, co kręci, czym się pasjonują, do czego dążą, jakie mają ideały itd. Z biegiem dni, miesięcy jakoś ta umiejętność rozmowy ulega zatraceniu. Owszem rozmawiamy, o pracy, o dzieciach, o domu, o bieżących sprawach ale jakby umykał nam temat główny. Zapominamy, że ludzie się zmieniają, zmienią się też potrzeby, poglądy. Z biegiem lat przyzwyczajamy się do siebie ale nie poznajemy się dalej. Dochodzi potem do dziwnych sytuacji gdy ze zdziwieniem patrzymy na partnera, który robi coś o co w życiu byśmy go nie podejrzewali.

   Moim skromnym zdaniem rozmowa jest kluczem do sukcesu z życiu dwojga ludzi. Dopóki jest rozmowa wszystko można wyjaśnić, gdy któraś za stron zamyka się na rozmowę to niestety chyba nic z tego dalej się nie da zrobić.
Wiem po sobie jak czasem ciężko poruszyć jakiś temat w rozmowie, ale w relacjach dwojga ludzi żyjących razem nie powinno być tematów tabu. Można sobie zostawić pewien margines bezpieczeństwa ale nie może on obejmować tematów dotyczących obydwojga.

   Swoją drogą ciekawe jest słowo. Słowo wychodzące z ust, ulotne i niby nic nie ważące a potrafi złączyć lub rozdzielić ludzi, zbudować coś wielkiego lub wywołać wojnę.
Chyba nie darmo Biblia zaczyna się
” Na początku było Słowo
a Słowo było u Boga
i Bogiem było Słowo”.

   Dlatego rozmawiajmy ze sobą, dyskutujmy. Nie wygaszajmy monologów, lecz wymieniajmy się zdaniami, argumentami i opiniami.
Uda nam się może uniknąć nieporozumień i niejasności. Może ominie nas to co spotkało parę o której wspomniałem na początku.

niedziela, 26 października 2014

Zmieniać się czy nie- oto jest pytanie.

   Jak trudno określić ile się stanowi dla innych. Wydaje się, że nie wnosimy do życia innych nic nowego. Często i tak właśnie jest.

   Czasem wnosimy dużo radości, miłości i satysfakcji ale częściej wnosimy tez ból, rozdrażnienie, tęsknoty za czymś normalnym. Tymi wartościami najczęściej zdarza się nam obdarzać bliskich bezwiednie, bez naszej woli- po prostu wnosimy samą swoją obecnością.

Najczęściej nawet nie zdajemy sobie sprawy, że stajemy się dla kogoś ciężarem. To co dla nas wydaje się normalnym obcowaniem, ba nawet uważamy, że dla innych to dar z jasnego nieba, to dla innych stanowi obciążenie.

    Gdzie tkwi granica pomiędzy naszym dobrym samopoczuciem a odczuciami innych- jak przejść przez życie nie „nadeptując onym na stopy”.
Podczas kilku godzin rozmów z psychologami rozstrzygałem ten problem ale nie uzyskałem jednoznacznych odpowiedzi.

W necie spotkałem się z opinią, że nie można tego rozstrzygać w kategoriach tego co inni od nas oczekują bo nigdy nie uszczęśliwimy wszystkich i zawsze ktoś będzie niezadowolony a więc należy być po prostu sobą, a nie przejmować się oceną innych. Skoro oczekują innej postawy niech szukają innych ludzi, bo nie da się zadowolić wszystkich. Coś w tym jest. Starając się zadowolić innych sami stajemy się niezadowoleni z siebie a to prowadzi do frustracji i zaburzeń osobowości. Wyzbywamy się siebie, rezygnujemy z siebie by zadowolić postronnych, którzy nawet czasem tego od nas nie oczekują.
Dążenie do realizacji wizji innych o nas (czasem przez nas wyobrażanych)  wciąga nas w pogoń za osiągnięciem nieosiągalnego.

   Co jednak mamy robić gdy słyszymy, że nie spełniamy oczekiwań bliskich? Co robić gdy to czego od nas oczekują nie w pełni zgada się z naszą osobowością? Każdy ma przecież inne zamiłowania, inne nawyki, przyzwyczajenie, styl bycia.
Czy i do jakiego stopnia spróbować zmierzyć się z naturą i zmieniać swa postawę?

   Moim zdaniem, można częściowo zmienić swe przyzwyczajenia, ale natury nie da się oszukać.
Nie da się zmienić swych nawyków, swego gustu, upodobań, przekonań. Można się naginać ale prędzej czy później( raczej prędzej) wszystko wylezie na jaw.
Najlepiej byłoby gdyby człowiek, spotykał drugiego o podobnych profilach zachowań, wtedy byłoby prostsze ale też i nudne.

Rozmaitość poglądów i postaw to też wartość cenna w życiu a ich umiejętność pogodzenia to „smaczek życia”. - to moje zdanie.

Miałem w swym życiu czas gdy próbowałem naginać się do oczekiwań innych ale okazało się , że po jakimś czasie stałem się dla nich nudnym i przewidywalnym i to do czego dążyli stało się nie tym czego na prawdę oczekiwali.
Nauczony tym doświadczeniem, dość traumatycznym, doszedłem do wniosku, że trudno jestem jaki jestem- za stary już jestem ( choć o dziwo czuję się młodo) by zmieniać się.
Jeśli ktoś chce z kimś być dla jego zalet to niestety musi się liczyć i z jego wadami. Nabywa się człowieka z „dobrodziejstwem inwentarza” lub nie. Można liczyć na niewielkie zmiany na plus lub minus ale nie na zmianę całej osobowości. To jest nie możliwe a wszelkie próby muszą zmienić się w porażkę. Dobrze gdy kończy się w sposób spokojny, gorzej gdy kończy się jakąś tragedią.

A tak mnie dziś wzięło na taką psychologiczną myśl. Ale to na dziś tyle.

Moja Żona- moje życie.

    Dziś coś innego. Piszę ostatnio o roli mężczyzny jaką odrywa w obecnych czasach. Kim jest dziś mężczyzna, jaki powinien być a jaki nie. Jednak dzisiejszy wpis dotyczyć będzie Kobiety. Kobiety mojego życia. Trudno pisać o osobie bliskiej, którą darzy się uczuciem miłości by nie być posadzony o stronniczość. I tak będzie pewnie tym razem- trudno. 

   Chciałbym dziś powiedzieć parę słów o obecnej żonie.
Zdjęcie
 Żona Gosia wraz ze mną w Międzyzdrojach. Czyż nie piękna?!

   Jak wspomniałem nie jest łatwo pisać o kimś kto towarzyszy człowiekowi na co dzień. Brakuje słów by oddać to co tworzy przy mnie ta osoba. To jest moja bezpieczna przystań do której można spokojnie zawinąć mimo burzliwych fal jakie niesie życie. 

   Moja Małgorzata to człowiek pisane przez duże C. Mało jest takich ludzi.
Swą osobowością się realizuje w zawodzie, który jest obecnie w Polsce bardzo i to bardzo niedoceniany- pielęgniarki. Różne osoby trafiają do tego zawodu, jedni zwiedzeni mitem niesienia pomocy, inni strojem, rolą jaką odgrywa się towarzysząc lekarzowi w zabiegach itp.
Moja Małgorzata to jednak inny przypadek- to pielęgniarka Z POWOŁANIA.
Po czym to poznałem? Po tym jak po powrocie z dyżuru zamiast odpoczywać przeżywa cierpienia pacjentów. Po tym jak potrafi opiekować się chorymi i strudzonymi życiem osobami starszymi, będącymi pod jej opieką, wciągając w to mnie by dowieść tych biednych ludzi na badania, konsultacje.
Gosia ma ogromne serce! Czasem nawet zazdroszczę tym pacjentom  nad których losem zastanawia się – jak im pomóc. 
Może dzięki Niej jeszcze żyję. To Ona właśnie, mimo moich protestów, zawiozła mnie do szpitala i nie pozwoliła bym z niego wyszedł przed konsultacją z lekarzem gdy miałem zawał serca.
To właśnie Ta Kobieta potrafiła zjednać swą dobrocią i uśmiechem moją rodzinę i sprawić by wszyscy bez wyjątku pokochali ją jak swoją.
Celowo nie pisze o jej wyglądzie, bo przecież to rzecz gustu, dla mnie jest PIĘKNĄ Kobietą. 
Piękno człowieka polega nie tylko na wyglądzie ale również na tym co człowiek sobą reprezentuje, jakie wartości i jaki jest dla swych bliskich.
Moja Małgorzata, potrafiła samodzielnie, dzieląc swe siły na życie zawodowe i rodzinne wychować troje chłopaków na uczciwych i wartościowych ludzi. Wykształcić ich i mimo niedocenianej pracy zapewnić im prawdziwy dom, dom do którego mogą i chcą wracać. To trudna sztuka zapewnić środki na studia dla dzieci z pensji pielęgniarki oraz tak pokierować ich życiem by wiedzieli jak trudną sztuką jest życie i jak sobie radzić z problemami które niesie.
Jej dzieci, dzięki wpojonych przez Gosię umiejętnościom, potrafiły nie tylko studiować, ale tez znaleźć pracę, przyjaciół, grono znajomych. 
Mojej żonie jedynym problemem z którym nie może dać sobie rady jestem chyba ja. To jednak pozostawiam na inny temat wpisu.
Żeby ten wpis nie był jednak zbyt laurkowaty dodam tylko, że w swej mądrości potrafi jednak być jak człowiek doświadczony, który chce sprawić by wszyscy musieli doświadczyć tego czego i ona doświadczyła. Choć nie dosłownie, ale potrafi godzinami roztrząsać problem na wszelki możliwe sposoby, by dojść do wniosku do którego można dotrzeć po trzech minutach. Dlatego wszyscy domownicy woleli by szybką gwałtowną domową burze niż to długotrwałe monologi.
Kocham, tą Kobietę bo jest Kimś, dla kogo warto żyć i warto byłoby umrzeć.
Kocham ją bo pomimo że sprawiam jej trochę problemów, chce być ze mną.
Wdzięczy jej jestem, że towarzyszy mi we wszelkich sytuacjach, w teatrze, na operze, na imprezach plenerowych, na spotkaniach literackich- mimo, że to (jak przypuszczam) nie są jej bliskie klimaty. Dla Niej uczestniczę w zabawach sylwestrowych,  towarzyszę na festynach (choć to nie moje klimaty). 
Po prostu KOCHAM TĄ DZIEWCZYNĘ.

I tym kończę na dziś.
P.S.
Obecnie pisuję rzadziej bo zbieram materiał, jak mi się wydaje interesujący, na kilka następnych artykułów. Takie jest życie, że samo podrzuca coraz to nowe tematy tylko jak mówił klasyk „by język giętki potrafił mówić, to co pomyśli głowa”.

sobota, 25 października 2014

Facet to świnia czyli seksmisja cz.II

Pisałem już wcześniej o roli mężczyzny w dzisiejszym świcie.

Ciekawe jest pytanie – czym jest dziś mężczyzna?

   Jedni ( a właściwie „jedne”) zacytują tekst „facet to świnia”, inni dostrzegają walory mężczyzn w polityce i biznesie – cechy takie jak asertywność, skłonność do rywalizacji, mniejsza wrażliwość postrzegane są jako konieczne do odniesienia sukcesu. Może tak być ale feministki widzą to inaczej- te cechy mogą być również niebezpieczne a i kobiety nimi dysponują i to chyba nawet bardziej potrafią je wykorzystywać w drodze do sukcesu.

    Mężczyzna to takie dziwne stworzenie, że tworząc rodzinę i chcąc poprawić jej byt podejmuje czasem ważne decyzje bez konsultacji z żoną- bo po co?, przecież ON ma już wszystko wie. A wie najlepiej. Wszystko jest dobrze dopóki jego decyzje są faktycznie trafione. Gdy coś nie pójdzie po jego myśli zaczyna się zachowywać irracjonalnie. Mylić się jest rzeczą ludzką ale w tym trwać jest głupotą.

Niestety facet ma wbudowany taki „cóś”, który nie pozwala mu przyznać się do błędu. Gdy zamiast poprawić los bliskich naraził ich na ryzyko, zaczyna podejmować następne kroki w celu niby ratowania sytuacji (oczywiście dalej w tajemnicy). Potem już zaczyna sam się zapętlać w swym postępowaniu, gdyż często podejmowane następne decyzje bez przemyślenia powodują tylko narastanie problemu. Stara się dalej ukrywać swoje błędy, szamocze się a im bardziej wykonuje te nerwowe ruchy tym bardziej pętla zaciska się na jego szyi. Im dłużej nie mówi o kłopotach swej kobiece tym bardziej trudno mu jednak się „wyspowiadać” ze swej głupoty.
Nadchodzi ZAWSZE jednak taki moment, że staje pod ścianą, ścianą niemożności dalszego ukrywania tego bałaganu, którego narobił. Wtedy nadchodzi sądny dzień.
Mężczyzna miał dobre intencje, chęci wzniosłe ale … wystarczy czasem, zapytać o zdanie najbliższej mu osoby- patrzącej z boku, osoby która choćby się nie znała na materii sprawy dostrzegłaby zagrożenia, niepewność sukcesu. Wspólna decyzja nawet taka sama powodowałaby podzieleniem się i odpowiedzialnością za błąd.
No ale jak facet ma zapytać o coś kobietę , jak potrafi godzinę błąkać się po mieście zamiast zapytać przechodnia o drogę. Jego to „cóś” nie pozwala mu, podpowiada do ucha „No, co ty będziesz się pytał? Nie dasz rady sam? Po co ci rada jeśli ty wiesz lepiej?”
Męska duma- pojęcie skądinąd bardzo pozytywne bo nie pozwala przejść obojętnie obok krzywdy wyrządzanej słabszym, wnoszeniem ciężarów dla kobiety, czy choćby przepuszczanie kobiety przodem w drzwiach, czasem staje się przekleństwem dla mężczyzny.

   Kobieta- żona ma jakiś inny tok myślenia. Gdy „mleko już się wyleje”, gdy opadnie kurz domowej awantury zaczyna proponować wyjścia z tej sytuacji (o ile zależy jaj na partnerze), układa różne scenariusze akcji ratowniczej i rozmawia ze sprawcą tego zamieszania. Kobieta potrafi przyjść i zapytać przed podjęciem decyzji dotyczącej obojga, a przynajmniej poinformować o podjętych działaniach. Kobiety potrafią rozmawiać. Niestety czasem strasznie długo mówią i roztrząsają problem – może to odstrasza mężczyzn od podjęcia dyskusji gdy temat nie do końca jest pewny.
U faceta jest czarne lub białe, u kobiet jest caaaała paleta barw.
Czy takich problemów nie było dawniej? Było i to więcej.
 
   Podobają mi się ci mężczyźni, którzy potrafią z kobietami rozmawiać o trudnych sprawach ( z niektórymi to może się nie udawać- fakt). Podziwiam, gdy pytają żonę o zdanie w tych sprawach które dotyczą obojga lub które mogą ją obciążyć jakimiś konsekwencjami.
Najczęściej facet uważa, że to jego sprawa i nie zauważa nawet, że obarcza żonę a czasem całą rodzinę swymi decyzjami.

   Wszystko to jednak się zmienia, powoli ale jednak. Równouprawnienie winno być przez mężczyzn traktowane również jako odbarczenie od odpowiedzialności i pomoc w podejmowaniu ważnych decyzji, nie gdzie wbić i jakiego gwoździa w ścianę ale poważnych w skutkach działaniach.
Kobiety potrafią swą umiejętność pytania o radę wykorzystać do perfekcji jak na przykład: Mam się ubrać w białą sukienkę czy niebieską? Żadna odpowiedź nie jest prawidłowa.
I tym optymistycznym akcentem kończę na dziś.

środa, 15 października 2014

Przyszłość kościoła katolickiego, ostatni synod- kontrowersje.

   Wczoraj, nie pisałem bo … oglądałem mecz jak większość z Was. Nie będę opisywał gry naszej drużyny dziś ale poświęcę więcej czasu gdy „kurz opadnie”.

   Wracam zaś do tematu z jednego z poprzednich artykułów a mianowicie - Kościoła Katolickiego i jego przyszłości.

    Tekst zakończyłem wyrażeniem obawy, że obecny papież mimo ambitnych zamiarów nie da rady pokonać konserwatywnych nurtów jakie kierowały kościół w przeszłość i to XIX- wieczną.
Franciszek zaskoczył kilka razy swoimi wypowiedziami na temat homoseksualistów lub rozwodników ale nie można tego było traktować poważnie biorąc pod uwagę poprzednie dziesięciolecia powolnego cofania kościoła za przyczyną JP II i Benedykta.
Te pojedyncze wypowiedzi, jak również nawoływania do uczynienia kościoła wrażliwym na rzeczywiste problemy wiernych takich jak ubóstwo, wykluczenie w zderzeniu z wypowiedziami, bądź co bądź, podwładnymi – biskupami polskiego kościoła stanowiły tak duże zaprzeczenie, że trudno było przewidywać zmiany jakościowe wśród kleru.

   Ostatnie doniesienia z synodu biskupów w Watykanie niosą nadzieję, że jednak coś idzie do przodu, że jest jednak nurt reformatorski w łonie dostojników kościelnych dla którego wizja kościoła żywego jest bliska. Dostrzegli, że świat się zmienia i choć zasady wiary są nie zmienne jednak okoliczności i rzeczywistość stwarza nowa jakość i to co w poprzednim stuleciu było czarno-białe staje się pełną paletą odcieni szarości, bieli i czerni. To co nauczał Mistrz można odczytywać na nowo w nowej rzeczywistości.   Trwanie ślepo zapatrzonym w to co było dobre pół wieku temu doprowadza do zasklepienia się, uwiądu a w dalszej perspektywie do obumarcia.

   Ta lekcję przerabiały kościoły we Francji, Hiszpanii, USA. Taki sam los powoli szykuje się w Polsce jeśli nic nowego nie tchnie wiary w nasze społeczeństwo. Nie wystarczy narzucać swe poglądy, oceniać innych, oburzać się na niepokornych, wtrącać się w każdą dziedzinę życia społecznego. To nie służy wierze, to służy jedynie klerowi. To duchowni czerpią w Polsce korzyści z dominującej roli, pensje nauczycielskie, pensje i uposażenia w służbach mundurowych ( jako były mundurowy stwierdzam, że nie widzę potrzeby istnienie ordynariatów z etatami wyższych oficerów). To duchownym marzy się powrót do przedwojennych wzorców, gdzie pan,wójt i pleban decydowali w wszystkim co działo się w gminie. Niestety czasy się zmieniły.

   Bywam czasem w kościele by posłuchać czy wiatr zmian już wieje ale ostatnio przekonałem się, że niestety nie. Dziwna nowo-mowa polegająca na takim obracaniem zadaniami, żeby wychodziło, że tylko oni maja rację, bez dowodów, bez uzasadnienia- tak ma być, bo ja tak mówię.
Czasami po takich homiliach nie dziwie się, że Luter kiedyś nie wytrzymał i spisał swe tezy. Dziś ludzie mający dość zakłamania po prosu odchodzą. Dlatego ostatnio ubyło 2 mln. Praktykujących- odeszli od zakłamania, od pustosłowia i wywyższania się.

   Synod, który pracował nad dokumentami dotyczącymi innego spojrzenia na homoseksualistów i rozwodników już został skrytykowany przez niektórych biskupów polskich. Trudno.
Niech idą swoją drogą- ja czekam, aż kościół uzna,  iż nie każdy który składał ślub przed ołtarzem i miał nadzieję na godziwe życie i nie był winny rozpadowi sakramentalnego pożycia, a zakładając drugą rodzinę i żyjąc w zgodzie z przykazaniami jest nie gorszym chrześcijaninem niż ten żyjący w związku pełnym nienawiści, gwałtu i niegodziwości.

 Czekam. Czekam na powiew Ducha Świętego wśród dostojników KK i na powrót do korzeni, do ubóstwa i miłości do bliźniego, choćby innego i zagubionego.

Na dziś tyle.

poniedziałek, 13 października 2014

Seksmisja. cz.I

Dziś, jak zapowiadałem, trochę o facetach.

   Mężczyzna przez tysiąclecia miał ugruntowaną rolę w społecznościach. W plemionach stał na straży bezpieczeństwa gromady i swej rodziny, zapewniał byt polując na zwierzynę- był myśliwym i obrońcą. W trakcie rozwoju cywilizacji zmieniały się sposoby na zapewnienie bytu, wprowadzono hodowlę, uprawę ziemi, rzemiosło czy też przemysł lub finanse. W tych wszystkich dziedzinach monopol miał mężczyzna.
Pracując zapewniał bezpieczeństwo bytowe rodziny jak i też wykształconym w trakcie rozwoju instytucjom państwa. Mężczyźni stawali do boju w obronie granic swej ojczyzny lub wyruszał na podboje by powiększyć stan posiadania swój i państwa. To oni stali na czele tych instytucji- królowie, carowie, cesarzowie czy tez prezydenci. Były owszem i wyjątki- królowa Wiktoria, caryca Katarzyna, caryca Zofia czy też cesarzowa Maria Teresa ale to były jedynie wyjątki potwierdzające regułę. Patriarchat był normą ponadnarodową, wspieraną przez religię czy też kulturę. Kobieta była marginalizowana, jako płeć słabsza, nie potrafiąca stawić oporu. Mężczyzna zapewniając byt rodzinie był w swoim domu panem i władcą, wszystko obracało się wokół niego. Jako, że kobieta opuszczając rodzinę skazana była na ostracyzm i  brak środków do życia musiała uznać „wyższość” ojca, męża,  liczyć z ich decyzjami i cierpieć często gorsze traktowanie lub przemoc. Tak było wszystko systemowo ukształtowane.

   Dopiero tak naprawdę I wojna światowa przyniosła zmiany. Choć już wcześniej kobiety zaczęły upominać się o swe prawa to jednak dopiero ta światowa katastrofa umożliwiła emancypację kobiety. Gdy miliony mężczyzn wyruszyły na fronty w całym świecie, ktoś musiał ich zastąpić przy produkcji amunicji, środków na potrzeby wojny jak i zapewnienia aprowizacji armii. To kobiety przejęły dominująca rolę w czasie tych wojennych lat. Mężczyźni owszem walczyli, ginęli tysiącami ale po cichu kobiety przejmowały ciężar wojny na soje barki. One zastępowały mężczyzn w prowadzeniu gospodarstw rolnych, one pielęgnowały tysiące rannych żołnierzy, stały w fabrykach przy taśmach produkcyjnych, prowadziły warsztaty rzemieślnicze.

Gdy wojna się skończyła okazało się jak wiele mężczyzn nie powróci do domów i do pracy. Choć powoli zastępowano kobiety mężczyznami to jednak nie dało się już określić, że gorzej sobie dają radę w zapewnieniu bytu i środków do życia.

Potem to już poszło. Kobiety się wyemancypowały i otrzymały pełnię praw. Teraz to już nie mężczyzna jest tym jedynym który jest w stanie zapewnić byt rodzinie. Ba, często to właśnie kobiety zapewniają utrzymanie swej rodzinie. Mężczyźni utracili swą kształtowaną przez tysiąclecia rolę w rodzinie i państwie. W życiu społecznym muszą rywalizować z kobietami jak równy z równym. Konfliktów zbrojnych angażujących znaczne siły ludzkie nie ma więc i ta rola obrońcy traci na znaczeniu, zwłaszcza, że w wojsku i policji tez służą kobiety.

Mężczyzna nie jest niezastąpiony.
 
   To coś nowego, coś przed czym mężczyźni stanęli nie tak w sumie dawno. Stereotypy runęły a nie pojawiło się nic nowego. Równouprawnienie jest faktem i nie da się tego cofnąć, nie da się już ukazać gender jako zagrożenie, bo to tylko zaklinanie rzeczywistości.

Ci mężczyźni którzy tak teraz walczą z gender, moim zdaniem to słabi faceci potrzebujący jakiś motywów uzasadniających swoje istnienie.

   Silny mężczyzna ( nie chodzi tu o siłę mięśni) nie potrzebuje sztucznych atrybutów by budować swoje znaczenie. Cechy którymi prawdziwy facet dysponuje powoduje, że jest uznawany, szanowany i doceniany mimo, że zajmuje się gotowaniem, sprzątaniem czy też wychowaniem dzieci. Bo jedną rzecz potrafi dać – pewność, stabilność, zdecydowanie. Potrafi zapewnić rodzinie bezpieczeństwo nie mniej ważne jak  utrzymanie- bezpieczeństwo emocjonalne. To trochę trudniejsze niż pokazanie siły swych mięśni. Tu potrzebna siła charakteru.

   Zmiany obyczajowe wymuszają zmiany w postawach, a tu niestety pojawiają się opory i stąd walka z gender, ataki kościoła ( instytucji patriarchalnej).

Kobiety łatwiej potrafiły przystosować się do nowej roli a mężczyznom jak widzę idzie to opornie.