Do czego to doszło.
POLSKA ZANIEPOKOJONA SŁABOŚCIĄ MILITARNĄ NIEMIEC!
Czyż to nie chichot historii?
Po prawie 70 latach od zakończenia II Wojny Światowej Polacy zaniepokojeni są tym, że Niemiecka Armia nie jest w stanie bronić Polski w ramach NATO a może nawet siebie.
Nie do pomyślenia!
Problem jest o tyle głębszy, że społeczeństwo niemieckie nie odczuwa potrzeby zbrojenia się, zamienili bezpieczeństwo militarne na bezpieczeństwo socjalne.
Dopiero teraz okazało się jak faktycznie wyglądają siły zbrojne Niemiec. No, może warto jeszcze poczekać na oficjalny raport, ale już dziś widać jakie gwarancje daje nam NATO. Pisałem już o tym wcześniej podejrzewając raczej obojętność niż faktyczną słabość sojuszników.
Politycy nasi od razu zakrzyczeli, że trzeba lecieć po pomoc do amerykanów.
No i tu widzę problem.
- Bo po pierwsze, jak już wspominał R. Sikorski na taśmach, amerykanie mają nas daleko w nosie.
Dla przeciętnego podatnika amerykańskiego konflikt na Ukrainie a nawet gdyby to było w Polsce jest tak abstrakcyjną sprawą, że nie widzi potrzeby wyrzucać tysiące dolarów na utrzymywanie baz w Polsce.
- Po drugie USA to chyba kolos na glinianych nogach. Po 1945 roku , poza I wojną z Irakiem nie odniósł żadnego zwycięstwa. Wszelkie interwencje zbrojne kończyły się wycofaniem zostawiając bałagan oraz stan o wiele gorszy niż przed wkroczeniem US Army. Specjalnością polityki USA stało się rozpętywanie wojen, wspieraniem lub obalaniem rządów innych państw kierując się jedynie własnym interesem.
Pytanie czy przypadkiem po wtrąceniu się w sprawy Polski nie wyszlibyśmy „jak Zabłocki na mydle”. Osobiście nie mam zaufania do USA i do amerykanów (oni są bardzo podobni do Rosjan w swym samouwielbieniu).
Wolałbym by nasza polityka oparła się na sojuszu z Niemcami i Francją. Oparcie to jest o tyle realne, że Niemcy stać na nowoczesną broń, Francuzi są w stanie ją wyprodukować – tylko, że trzeba przekonać to towarzystwo do tego działania.
Churchill mówił „ Polacy to dziwny naród, sojuszników szukają daleko a wrogów po sąsiedzku”.
Może czas by to zmienić?
poniedziałek, 29 września 2014
niedziela, 28 września 2014
Remont
Jak pisałem już wczoraj, do Zgorzelca zacząłem przyjeżdżać w 2009 roku a od marca 2010 zamieszkałem.
Fajnie. Tyle, że ile można wynajmować mieszkanie? Więc w grudniu zakupiłem dom. Hmmm
Tak dom. Dom duży -180 m. kwadratowych powierzchni.
Dobrze jest mieć własny dom ale ten akurat jest trochę duży, zbudowany z iście gierkowskim rozmachem, bo i budowę zakończono w 1981 roku. To był dobry rok dla Polski - Solidarność, odrobina wolności, nadzieja na zmiany. Jak to się skończyło? Tak jak i radość z mojego nabytku.
W grudniu 1981 – stan wojenny, a z domem okazało się , że czego by nie ruszyć wymaga remontu.
Pozornie wszystko wyglądało dobrze, jednak gdy poprzedni właściciele wynieśli część mebli okazało się, że ściany wymagają malowania ale aby to zrobić to trzeba położyć gips. Potem doszła potrzeba wymiany okien, drzwi, podłóg itd.
Tajemnica tego domu polegała na tym, że ukończony w 1981 roku a więc w roku niedoboru materiałów budowlanych, więc budowlańcy robili z tego co mieli.
Tak więc od 4 lat mieszkam i remontuję. Permanentny remont robiony etapami z przerwami na odpoczynek i zebranie gotówki na następne roboty.
To nie lepiej sprzedać i kupić coś w bloku? Może i lepiej ale ja jakoś nie lubię bloków. Cenię sobie możliwość wyjścia latem z salonu na taras i wypić kawę na wolnym powietrzu. Mój pies też byłby niepocieszony zamknięciem w klatce mieszkania blokowego.
Jak relaksować się letnim popołudniem patrząc z okien, lub balkonu? Wyjść do parku?
Ja otwieram drzwi i już jestem w parku. Siedzenie na zadaszonym tarasie w czasie deszczu też ma swój urok. Jako że mam widok z góry na niżej położoną część miasta a w oddali widzę góry, to lubię oglądać popołudniowe letnie burze gdy stukanie krople deszczu o dach staje się muzyką, przerywaną grzmotem piorunów.
Poza tym im więcej wysiłku, energii i pieniędzy wkładamy tym trudniej nam byłoby się rozstać z tym miejscem.
Poprzedni właściciele przez ostatnie lata nic nie robili przy budynku z racji swego wieku a więc wszystko spadło na nas.
Przy okazji remontów mam okazję bywać "bohaterem mojego domu" a czasem tylko pomagam nie pobić jakiś cen w tutejszych marketach. Ciekawe jest to, że trzeba by być nie lada księgowym, by faktycznie oszczędnie remontować lub budować. Część materiałów trzeba by kupować w jednym sklepie a część w innym. Kalkulacja kosztów i miejsc zakupów to cała sztuka.
Można dużo zaoszczędzić ale trzeba mieć dużo czasu i nerwów. Czasem też okazuje się, że lepiej zamówić towar z montażem bo wychodzi taniej i lepiej- tak np. było z oknami. Na szczęście mam tutaj duży wybór. Co zaś do wykonawców to tu już mamy do czynienia z pełną wolnoamerykanką. Najtańszy nie znaczy dobry, najdroższy też nie gwarantuje jakości. Pełno jest naciągaczy.
Budując swój dom w Bieszczadach od postaw było jednak łatwej pod względem wykonawców- mniejszy wybór, łatwiej było potwierdzić rzetelność wykonania usługi.
Piszę to dziś bo akurat zakończyłem wymianę grzejników co i jutro zmagam się ze ścianami w jednym z pokoi przeznaczonych do wynajmu. Potem wymiana drzwi i będę kłaść podłogę.
Trochę czasu mi to zajmie ale … naprawdę warto.
I to by była na tyle ( na dziś) co do miejsca zamieszkania.
Fajnie. Tyle, że ile można wynajmować mieszkanie? Więc w grudniu zakupiłem dom. Hmmm
Tak dom. Dom duży -180 m. kwadratowych powierzchni.
Dobrze jest mieć własny dom ale ten akurat jest trochę duży, zbudowany z iście gierkowskim rozmachem, bo i budowę zakończono w 1981 roku. To był dobry rok dla Polski - Solidarność, odrobina wolności, nadzieja na zmiany. Jak to się skończyło? Tak jak i radość z mojego nabytku.
W grudniu 1981 – stan wojenny, a z domem okazało się , że czego by nie ruszyć wymaga remontu.
Pozornie wszystko wyglądało dobrze, jednak gdy poprzedni właściciele wynieśli część mebli okazało się, że ściany wymagają malowania ale aby to zrobić to trzeba położyć gips. Potem doszła potrzeba wymiany okien, drzwi, podłóg itd.
Tajemnica tego domu polegała na tym, że ukończony w 1981 roku a więc w roku niedoboru materiałów budowlanych, więc budowlańcy robili z tego co mieli.
Tak więc od 4 lat mieszkam i remontuję. Permanentny remont robiony etapami z przerwami na odpoczynek i zebranie gotówki na następne roboty.
To nie lepiej sprzedać i kupić coś w bloku? Może i lepiej ale ja jakoś nie lubię bloków. Cenię sobie możliwość wyjścia latem z salonu na taras i wypić kawę na wolnym powietrzu. Mój pies też byłby niepocieszony zamknięciem w klatce mieszkania blokowego.
Jak relaksować się letnim popołudniem patrząc z okien, lub balkonu? Wyjść do parku?
Ja otwieram drzwi i już jestem w parku. Siedzenie na zadaszonym tarasie w czasie deszczu też ma swój urok. Jako że mam widok z góry na niżej położoną część miasta a w oddali widzę góry, to lubię oglądać popołudniowe letnie burze gdy stukanie krople deszczu o dach staje się muzyką, przerywaną grzmotem piorunów.
Poza tym im więcej wysiłku, energii i pieniędzy wkładamy tym trudniej nam byłoby się rozstać z tym miejscem.
Poprzedni właściciele przez ostatnie lata nic nie robili przy budynku z racji swego wieku a więc wszystko spadło na nas.
Przy okazji remontów mam okazję bywać "bohaterem mojego domu" a czasem tylko pomagam nie pobić jakiś cen w tutejszych marketach. Ciekawe jest to, że trzeba by być nie lada księgowym, by faktycznie oszczędnie remontować lub budować. Część materiałów trzeba by kupować w jednym sklepie a część w innym. Kalkulacja kosztów i miejsc zakupów to cała sztuka.
Można dużo zaoszczędzić ale trzeba mieć dużo czasu i nerwów. Czasem też okazuje się, że lepiej zamówić towar z montażem bo wychodzi taniej i lepiej- tak np. było z oknami. Na szczęście mam tutaj duży wybór. Co zaś do wykonawców to tu już mamy do czynienia z pełną wolnoamerykanką. Najtańszy nie znaczy dobry, najdroższy też nie gwarantuje jakości. Pełno jest naciągaczy.
Budując swój dom w Bieszczadach od postaw było jednak łatwej pod względem wykonawców- mniejszy wybór, łatwiej było potwierdzić rzetelność wykonania usługi.
Piszę to dziś bo akurat zakończyłem wymianę grzejników co i jutro zmagam się ze ścianami w jednym z pokoi przeznaczonych do wynajmu. Potem wymiana drzwi i będę kłaść podłogę.
Trochę czasu mi to zajmie ale … naprawdę warto.
I to by była na tyle ( na dziś) co do miejsca zamieszkania.
sobota, 27 września 2014
Zobaczyć Zgorzelec i ... żyć!
O Zgorzelcu wiedziałem do 2009 roku tyle, że jest. Gdzieś tam, daleko miasto podzielone granicą polsko-niemiecką i Nysą. Wiedziałem też, że to miasto gdzie mafia robi swoje interesy, ciemne interesy.
Z racji swej pracy miałem tez do czynienia z ludźmi ze Zgorzelca jako zatrzymanymi za przemyt papierosów z Ukrainy. Pełniąc służbę i widząc rejestrację DZG wiedziałem, że samochód jest do zatrzymania. Na logikę po co ktoś miałby jechać przez całą Polskę jak nie po fajki, prochy lub wódę? Cóż takie człowiek miał już odchyłki zawodowe, że jadąc samochodem to zwracało się uwagę na tablice rejestracyjne i wg. nich typowałem samochody do kontroli.
Tak jak wspomniałem, do 2009 roku, jak by mi ktoś powiedział, że zamieszkam w Zgorzelcu to bym mu poradził chyba wizytę u lekarza i to na pewno nie u urologa.
Moja pierwsza wizyta w mieście nad Nysą to jednodniowy wypad 6 czerwca 2009 roku. Dość niesprzyjająca pogoda, deszczyk, mżawka ale to nic. W tym dniu zobaczyłem miasto i odwiedziłem od razu Niemcy jadąc nad Berzdofersee. Jezioro wtedy jeszcze było napełniane, pompy pracowały ale już wtedy zbiornik robił wrażenie. W sumie w tym dniu nie miałem głowy do oglądania miasta. Dopiero drugi przyjazd po dwóch tygodniach i to na dwa dni pozwolił mi na zobaczenie gdzie ja trafiłem. Gdy powiedziałem, że chcę odnaleźć charakter miasta, moja znajoma zgorzelczanka parsknęła śmiechem,
- Że co chcesz znaleźć?
- Charakter tego miasta. Każde miasto ma jakiś klimat, charakter.
- No to ci już powiem, żebyś nie marnował czasu- to akurat miasto nie ma charakteru, to zbieranina ludzi wsadzonych do poniemieckich domów i tyle.
Nie dałem jednak za wygraną, szukałem i po paru wizytach, po kilku dniach łażenia po ulicach i szukaniu ciekawych miejsc w okolicy doszedłem do przekonania, że to fajne miejsce do życia. A gdy jeszcze w deszczowy, listopadowy wieczór pospacerowałem po starówce Görlitz to zostałem oczarowany.
Magia tego miejsca działa nie tylko na mnie, podziałało na moje dzieci, moją rodzinę. Pod wrażeniem są też osoby przyjeżdżające służbowo do naszego miasta i zatrzymują się u mnie w pokojach gościnnych.
Bo czy można się oprzeć takim widokom?

Tu akurat wizytówka czyli kościół Św. Piotra i Pawła. Choć widać, że deszcz to i tak architektura robi wrażenie.

Ratusz, najpiękniejszy w tych okolicach. Nawet Jeleniogórskiemu duuużo brakuje. Widać tu bogactwo jakie cechowało to miasto w poprzednich wiekach.
Zgorzelec to miejsce gdzie z historią spotykamy się prawie na każdym kroku. Historia tych ziem jest bogata i dość dobrze udokumentowana a zabytków materialnych dawnych lat jest wiele.
To wszystko opiszę innym razem, ale jedno wam powiem-
To jest miasto w którym ja osobiście dobrze się czuję, to miejsce ma dobrą energię.
Z wielu miast jakie było mi dane odwiedzić tylko kilka miało taką energię- Kraków, Kamieniec Podolski, Tarnów, rumuńska Sighisoara i oczywiście Paryż.
I na dziś, tym kończę.
Z racji swej pracy miałem tez do czynienia z ludźmi ze Zgorzelca jako zatrzymanymi za przemyt papierosów z Ukrainy. Pełniąc służbę i widząc rejestrację DZG wiedziałem, że samochód jest do zatrzymania. Na logikę po co ktoś miałby jechać przez całą Polskę jak nie po fajki, prochy lub wódę? Cóż takie człowiek miał już odchyłki zawodowe, że jadąc samochodem to zwracało się uwagę na tablice rejestracyjne i wg. nich typowałem samochody do kontroli.
Tak jak wspomniałem, do 2009 roku, jak by mi ktoś powiedział, że zamieszkam w Zgorzelcu to bym mu poradził chyba wizytę u lekarza i to na pewno nie u urologa.
Moja pierwsza wizyta w mieście nad Nysą to jednodniowy wypad 6 czerwca 2009 roku. Dość niesprzyjająca pogoda, deszczyk, mżawka ale to nic. W tym dniu zobaczyłem miasto i odwiedziłem od razu Niemcy jadąc nad Berzdofersee. Jezioro wtedy jeszcze było napełniane, pompy pracowały ale już wtedy zbiornik robił wrażenie. W sumie w tym dniu nie miałem głowy do oglądania miasta. Dopiero drugi przyjazd po dwóch tygodniach i to na dwa dni pozwolił mi na zobaczenie gdzie ja trafiłem. Gdy powiedziałem, że chcę odnaleźć charakter miasta, moja znajoma zgorzelczanka parsknęła śmiechem,
- Że co chcesz znaleźć?
- Charakter tego miasta. Każde miasto ma jakiś klimat, charakter.
- No to ci już powiem, żebyś nie marnował czasu- to akurat miasto nie ma charakteru, to zbieranina ludzi wsadzonych do poniemieckich domów i tyle.
Nie dałem jednak za wygraną, szukałem i po paru wizytach, po kilku dniach łażenia po ulicach i szukaniu ciekawych miejsc w okolicy doszedłem do przekonania, że to fajne miejsce do życia. A gdy jeszcze w deszczowy, listopadowy wieczór pospacerowałem po starówce Görlitz to zostałem oczarowany.
Magia tego miejsca działa nie tylko na mnie, podziałało na moje dzieci, moją rodzinę. Pod wrażeniem są też osoby przyjeżdżające służbowo do naszego miasta i zatrzymują się u mnie w pokojach gościnnych.
Bo czy można się oprzeć takim widokom?
Tu akurat wizytówka czyli kościół Św. Piotra i Pawła. Choć widać, że deszcz to i tak architektura robi wrażenie.
Ratusz, najpiękniejszy w tych okolicach. Nawet Jeleniogórskiemu duuużo brakuje. Widać tu bogactwo jakie cechowało to miasto w poprzednich wiekach.
Zgorzelec to miejsce gdzie z historią spotykamy się prawie na każdym kroku. Historia tych ziem jest bogata i dość dobrze udokumentowana a zabytków materialnych dawnych lat jest wiele.
To wszystko opiszę innym razem, ale jedno wam powiem-
To jest miasto w którym ja osobiście dobrze się czuję, to miejsce ma dobrą energię.
Z wielu miast jakie było mi dane odwiedzić tylko kilka miało taką energię- Kraków, Kamieniec Podolski, Tarnów, rumuńska Sighisoara i oczywiście Paryż.
I na dziś, tym kończę.
czwartek, 25 września 2014
Zdrowia ... w Zgorzelcu.
Obiecywałem, że opiszę nasze miasto- Zgorzelec i to co mnie w nim oczarowało na tyle, że porzuciłem piękne Bieszczady aby rozpoczynać życie na nowo na Łużycach.
Dziś właśnie poruszę ten temat ale trochę inaczej bo podsunięto mi temat, który warto poruszyć.
Gdy przyjeżdżałem do Zgorzelca jednym z elementów przyciągających do tego miasta była opieka medyczna a właściwie bardzo dobra opinia o szpitalu zgorzeleckim. W Ustrzykach Dolnych jest szpital, ale by leczyć się tam to z całego serca odradzam, lepiej od razu jechać do Sanoka lub Krosna. Brak specjalistów, liczne błędy i złe zarządzanie to coś z czym zetknąłem się osobiście w tym szpitalu więc … odradzam chyba, że coś się zmieniło. Nie, jednak dalej jest kiepsko skoro mój ojciec z zawałem wylądował w Sanoku bez diagnozy po 2 dniach pobytu w Ustrzyckim szpitalu.
Gdy zamieszkałem w Zgorzelcu byłem dumny z tego, że mamy jeden z najlepszych szpitali na Dolnym Śląsku. Gdy dopadł mnie zawał serca, szybko udzielono mi pomocy, opieka zarówno ze strony lekarzy jak i pielęgniarek była na wysokim poziomie- szczęśliwy byłem, że trafiłem na taki personel. W szpitalu w Karpaczu podczas przyjęcia na rehabilitację kardiologiczną gdy tylko powiedziałem, że jestem ze Zgorzelca od razu powiedziano, że wszystko jest chyba dobrze zrobione co potem potwierdziły badania, próby wysiłkowe. Oddział Kardiologiczny z naszego szpitala jest oceniany jako jeden z najlepszych ( wyżej ceniony niż nawet szpitale wrocławskie).
Wszędzie gdzie jestem pytany o nasze miejscowe lecznictwo twierdziłem, że jest ono na wysokim poziomie, ale pojawiają się jednak skazy na tym obrazie.
Moje obawy dotyczą sposobu zarządzania.
Szpital nasz rozwija się, pozyskuje środki, rozbudowuje, przejmuje placówki sąsiednie czyli niby wszystko jest na najlepszej drodze. Niedawna akredytacja postawiła naszą placówkę wśród najlepszych palcówek w kraju, na poziomie szpitali klinicznych. Czego się czepiam?- mógłby ktoś zapytać.
Mnie niepokoi jedna zasadnicza rzecz- czy nie jest to przypadkiem „wydmuszka” czyli przeinwestowanie na zasadzie kreatywnej księgowości. Skąd moje podejrzenia?
Biorą się one z informacji jakie do mnie zaczynają docierać i co sam powoli zauważam obserwując sytuację w szpitalu.
Przejmowanie placówek, otwieranie nowych poradni i oddziałów to mi przypomina bardziej sposób na zwiększenie kontraktów z NFZ niż dbałość o zdrowie mieszkańców naszego powiatu bo za rozwojem z sferze materialnej nie idzie zwiększenie ani obsady kadrowej ani jej wynagrodzenie. Rozwój następuje kosztem załogi. Etatowe pielęgniarki nie otrzymały podwyżek wynagrodzenia od paru lat, liczba lekarzy spada- emigrują do pracy do pobliskiego Görlitz. Dodajmy do tego wzrastającą liczbę pacjentów spoza naszego powiatu. Pacjenci przybywają z Jeleniej Góry, Żar, Żagania, Wrocławia – ma się wrażenie, że braknie miejsc dla mieszkańców naszego powiatu.
Dziwna rzecz jaka ostatnio się pojawia to pacjenci szczególni tzw. VIP-y. VIP- ami są „dobrodzieje szpitala” - wystarczy prowadząc firmę przekazać środki na szpital i tym sposobem uzyskuje się dla siebie i rodziny specjalny status (chyba nieoficjalnie) a więc badania poza kolejnością, przepustki. Fakt, że czasem VIP jest nie jest VIP-em bo lekarze nie chcą traktować ich inaczej ze względu, że nie chcą się narażać na ewentualne konsekwencje w przypadku komplikacji- a więc nie zawsze warto być tym „specjalnym” pacjentem.
Zwiększenie liczby pacjentów, nowe zakresy działania przy pozostawieniu i tak nielicznej kadry powoduje, że spada jakość opieki. Docierają coraz bardziej niepokojące informacje. Wystarczy poczytać komentarze w naszych lokalnych portalach zinfo.pl i zgorzelec.info by przekonać się , że to już nie tylko hejterzy zabierają głos.
Nie da się utrzymać na dłuższą metę wysokiej jakości opieki przy obecnym stanie zatrudnienia.
Nie sztuka - obiecywać, sztuką jest zapewnić poziom ponad zapewnienia. Gonitwa za pieniądzem nie może przesłonić dobra pacjenta (choćby tego trudnego). Szukanie pieniędzy poprzez inwestowanie a nie patrzenie na bieżącą sytuację może skończyć się katastrofą.
Takie są moje obawy.
Nie robię zarzutów, bo nie znam faktów, na ile Pani Dyrektor ma pokrycie w środkach na realizację zamierzeń i planów inwestycyjnych.
Zwracam jedynie uwagę, że sygnały wskazują na niepokojące przyczynki do obaw o stan naszego szpitala.
Na koniec życzę zdrowia.
Dziś właśnie poruszę ten temat ale trochę inaczej bo podsunięto mi temat, który warto poruszyć.
Gdy przyjeżdżałem do Zgorzelca jednym z elementów przyciągających do tego miasta była opieka medyczna a właściwie bardzo dobra opinia o szpitalu zgorzeleckim. W Ustrzykach Dolnych jest szpital, ale by leczyć się tam to z całego serca odradzam, lepiej od razu jechać do Sanoka lub Krosna. Brak specjalistów, liczne błędy i złe zarządzanie to coś z czym zetknąłem się osobiście w tym szpitalu więc … odradzam chyba, że coś się zmieniło. Nie, jednak dalej jest kiepsko skoro mój ojciec z zawałem wylądował w Sanoku bez diagnozy po 2 dniach pobytu w Ustrzyckim szpitalu.
Gdy zamieszkałem w Zgorzelcu byłem dumny z tego, że mamy jeden z najlepszych szpitali na Dolnym Śląsku. Gdy dopadł mnie zawał serca, szybko udzielono mi pomocy, opieka zarówno ze strony lekarzy jak i pielęgniarek była na wysokim poziomie- szczęśliwy byłem, że trafiłem na taki personel. W szpitalu w Karpaczu podczas przyjęcia na rehabilitację kardiologiczną gdy tylko powiedziałem, że jestem ze Zgorzelca od razu powiedziano, że wszystko jest chyba dobrze zrobione co potem potwierdziły badania, próby wysiłkowe. Oddział Kardiologiczny z naszego szpitala jest oceniany jako jeden z najlepszych ( wyżej ceniony niż nawet szpitale wrocławskie).
Wszędzie gdzie jestem pytany o nasze miejscowe lecznictwo twierdziłem, że jest ono na wysokim poziomie, ale pojawiają się jednak skazy na tym obrazie.
Moje obawy dotyczą sposobu zarządzania.
Szpital nasz rozwija się, pozyskuje środki, rozbudowuje, przejmuje placówki sąsiednie czyli niby wszystko jest na najlepszej drodze. Niedawna akredytacja postawiła naszą placówkę wśród najlepszych palcówek w kraju, na poziomie szpitali klinicznych. Czego się czepiam?- mógłby ktoś zapytać.
Mnie niepokoi jedna zasadnicza rzecz- czy nie jest to przypadkiem „wydmuszka” czyli przeinwestowanie na zasadzie kreatywnej księgowości. Skąd moje podejrzenia?
Biorą się one z informacji jakie do mnie zaczynają docierać i co sam powoli zauważam obserwując sytuację w szpitalu.
Przejmowanie placówek, otwieranie nowych poradni i oddziałów to mi przypomina bardziej sposób na zwiększenie kontraktów z NFZ niż dbałość o zdrowie mieszkańców naszego powiatu bo za rozwojem z sferze materialnej nie idzie zwiększenie ani obsady kadrowej ani jej wynagrodzenie. Rozwój następuje kosztem załogi. Etatowe pielęgniarki nie otrzymały podwyżek wynagrodzenia od paru lat, liczba lekarzy spada- emigrują do pracy do pobliskiego Görlitz. Dodajmy do tego wzrastającą liczbę pacjentów spoza naszego powiatu. Pacjenci przybywają z Jeleniej Góry, Żar, Żagania, Wrocławia – ma się wrażenie, że braknie miejsc dla mieszkańców naszego powiatu.
Dziwna rzecz jaka ostatnio się pojawia to pacjenci szczególni tzw. VIP-y. VIP- ami są „dobrodzieje szpitala” - wystarczy prowadząc firmę przekazać środki na szpital i tym sposobem uzyskuje się dla siebie i rodziny specjalny status (chyba nieoficjalnie) a więc badania poza kolejnością, przepustki. Fakt, że czasem VIP jest nie jest VIP-em bo lekarze nie chcą traktować ich inaczej ze względu, że nie chcą się narażać na ewentualne konsekwencje w przypadku komplikacji- a więc nie zawsze warto być tym „specjalnym” pacjentem.
Zwiększenie liczby pacjentów, nowe zakresy działania przy pozostawieniu i tak nielicznej kadry powoduje, że spada jakość opieki. Docierają coraz bardziej niepokojące informacje. Wystarczy poczytać komentarze w naszych lokalnych portalach zinfo.pl i zgorzelec.info by przekonać się , że to już nie tylko hejterzy zabierają głos.
Nie da się utrzymać na dłuższą metę wysokiej jakości opieki przy obecnym stanie zatrudnienia.
Nie sztuka - obiecywać, sztuką jest zapewnić poziom ponad zapewnienia. Gonitwa za pieniądzem nie może przesłonić dobra pacjenta (choćby tego trudnego). Szukanie pieniędzy poprzez inwestowanie a nie patrzenie na bieżącą sytuację może skończyć się katastrofą.
Takie są moje obawy.
Nie robię zarzutów, bo nie znam faktów, na ile Pani Dyrektor ma pokrycie w środkach na realizację zamierzeń i planów inwestycyjnych.
Zwracam jedynie uwagę, że sygnały wskazują na niepokojące przyczynki do obaw o stan naszego szpitala.
Na koniec życzę zdrowia.
środa, 24 września 2014
Rosja i Świat- dwie rzeczywistości a sprawa polska.
Nie tak dawno
pisałem o rosyjskiej propagandzie w artykule „Putin gieroj” aż
tu dzisiaj czytam
http://natemat.pl/117443,rozmawialem-z-rosyjska-dziennikarka-o-putinie-czulem-sie-jak-w-innym-swiecie
i jakbym miał de javu.
Widać, że nie
tylko zwykli Rosjanie ale i dziennikarze uważający się za
niezależnych mają przeświadczenie o dobrej woli Putina i złych
zamiarach zachodu Europy i prezydenta USA.
Zgadzam się w pełni
z panem Świderskim – oni żyją jakby w innej rzeczywistości.
Takie zderzenie dwóch światów to jest coś co warto przeżyć.
Zaczyna się człowiek zastanawiać czy jego osąd i źródła
informacji są prawdziwe i czy w ogóle może wierzyć swoim własnym
zmysłom skoro jego doświadczenie jest negowane u podstawy przez
kogoś innego z taką pewnością i żarliwością godną
najprawdziwszej prawdy.
Niesamowite.
Myślę sobie, że
może dobrze by było gdyby jednak Polska miała za przywódcę kogoś
podobnego do Putina. Pogoniłby do roboty związkowców, którzy
pasożytują na przedsiębiorcach a interesy robotnicze interesują
ich tylko gdy ich własne posady są zagrożone. Wprowadziłby w
końcu prawdziwa reformę ZUS i zlikwidował KRUS- na co nikt nie
chce się zdecydować bo ryzykowne politycznie. Wzmocniłby przemysł
zbrojeniowy poprzez niezależny handel bronią oraz zakupy dla
własnej armii. Mógłby wprowadzić reformy finansów państwa,
służby zdrowia, sądownictwa, administracji itd. czyli tych
wszystkich obszarów gdzie reformy są pilnie wymagane ale żadna siła polityczna tak
naprawdę nie jest zainteresowana ich wprowadzeniem gdyż groziłoby
to przegraną w następnych wyborach bo nie byłoby to przyjemne dla
wielu środowisk, które czerpią kolosalne zyski z tego bałaganu
jaki jest teraz.
Mógłby wprowadzić gdyby nie liczył się z nikim
a władzę trzymał tak - jak Putin.
Może przydałby się
ktoś na miarę Piłsudskiego po Zamachu Majowym, gdy skończył
„dupokrację” czyli zamieszanie w sejmie i niemoc parlamentarną.
Prawda, że w Berezie Kartuskiej zamroził co niektórych polityków,
którym stawia się dziś pomniki ale chyba nie było innego wyjścia.
To właśnie zmiany
po przewrocie postawiły na nogi rozchwianą gospodarkę (choć nie
od razu) i skierowały kraj na tory rozwoju. Nie było to łatwe w
dobie kryzysu i konieczności scalenia w jeden organizm trzech
zaborów, gdzie różnie były ukształtowane społeczeństwa. Tak na
dobrą sprawę do dziś widoczne są różnice pomiędzy regionami
zaborów.
Może właśnie ktoś
taki nie tylko przywróciłby właściwy kierunek rozwoju gospodarki
i tym samym zmniejszył emigrację młodych, najbardziej aktywnych i
przedsiębiorczych ludzi. Może powróciłaby na stałe nasza duma
narodowa, która cierpi czasami gdy Polska traktowana jest li tylko
jak rynek zbytu, dostawca żołnierzy walczących i narażających
życie w imię obcych im interesów ale i dla idei „Za Waszą i
Naszą Wolność.”
Może taki ktoś już
jest ale go nie widać, bo choć J. Kaczyński ma aspiracje ale jest
zbyt małym a może małostkowym politykiem a tu potrzeba MĘŻA STANU.
Jakby ktoś takiego
zobaczył niech da znać.
P.S.
Lwowski Batiar na
stanowisku szefa MSZ to chyba pomyłka.
piątek, 19 września 2014
Plaża kontra brzuch.
Miało być o plaży i kompleksach, no i jest.
O romantycznych i reumatycznych aspektach spacerów plażą, brzegiem morza napisano już chyba tomy. Zdrowotne zalety pobytu nad morzem czytać możemy godzinami i każdy już chyba o tym wie. Ja zaś opiszę terapię psychologiczną jaką może przejść każdy człowiek mający kompleksy na temat własnej figury, wyglądu itp.
Jako prawie 50-cio letni facet zacząłem nabierać kształtów... kobiety w ciąży. Nie pocieszało mnie powiedzenie „Nic tak mężczyzny nie upiększa jak samara coraz większa”. Mięsień piwny jak barwnie określa się zwykły brzuch większych rozmiarów, to coś co pojawia się u facetów i niestety nie upiększa. Każdy facet obarczony takim „bagażem” planując wyjazd nad morze zaczyna się zastanawiać jak się tego balastu pozbyć i podejmuje różne postanowienia- będę biegać, chodzić na siłownię, ćwiczyć - by gdy przyjdzie czas wyjazdu znowu mieć marsowy tors i smukłą sylwetkę przyciągającą wzrok kobiet. Postanowienia postanowieniami a życie jak to życie weryfikuje naszą silną wolę. Praca, obiadki u rodzinki, piwko, grille.
Przychodzi czas wyjazdu i zastanawiamy się, patrząc w lustro – co poszło nie tak.
Brzuszysko nie tylko nie zmalało a czasem nawet wydaję się większe. Cholera.
Trudno, wczasy opłacone- jedziemy. A na miejscu dylemat – jak tu wyjść na plażę. Pierwsze nieśmiałe kroki i … im bliżej plaży tym bardziej pryskają nasze obawy.
Okazuje się, że:
- po pierwsze- takich brzuchatych facetów jest na pęczki,
- po drugie- otyłość na polskich plażach to widok jakby powszechny, cechuje mężczyzn, kobiety i nawet i to już niepokojące nastolatki,
- po trzecie- widzimy ludzi którzy mają o wiele bardziej poważne problemy ( zdrowotne- blizny ) i nie wydają się być tym jakoś napiętnowani ( bo i nie mają tak naprawdę powodów).
Tak więc, nie warto patrzeć na swą sylwetkę pod tym kontem bo tak naprawdę, nie w samej sylwetce tkwi wabik na towarzystwo na wczasach ale przede wszystkim w chęci do wspólnego wypoczynku i zabawy.
I ja będąc na plażach w Międzyzdrojach pozbyłem się obaw co do mojego brzucha, choć dalej uważam, że coś z tym „śmietnikiem” warto byłoby zrobić.
I na koniec jeszcze jedna uwaga co do Polskich plaż – dziwne to jakieś, poogradzane parawanami kawałki plaży i to tak gęsto, że ciężko dojść do morza by się kąpać. Na naszych plażach nie widziałem żadnej pani toples – może to i dobrze, może...
Nad Morzem Czarnym gdzie bywałem to raczej kobiety pozasłaniane były w mniejszości co nie zawsze było dobre i apetyczne.
Nawet nad naszym Bersdorfersee można spotkać stroje toples jak i kobiety kąpiące się całkiem nago- nikomu jakoś to nie przeszkadza. Czyżby nasza Polska pruderyjność daje o sobie znać, czy jeszcze nie jesteśmy gotowi na idee z czasów renesansu – nic co ludzkie nie jest nam obce.
Ja zawsze powtarzam- Nie możemy być przeciw nagości bo przecież pod ubraniem wszyscy jesteśmy nadzy. :-)
I tym optymistycznym akcentem kończę i zapowiadam następny wpis poświęcony Zgorzelcowi.
O romantycznych i reumatycznych aspektach spacerów plażą, brzegiem morza napisano już chyba tomy. Zdrowotne zalety pobytu nad morzem czytać możemy godzinami i każdy już chyba o tym wie. Ja zaś opiszę terapię psychologiczną jaką może przejść każdy człowiek mający kompleksy na temat własnej figury, wyglądu itp.
Jako prawie 50-cio letni facet zacząłem nabierać kształtów... kobiety w ciąży. Nie pocieszało mnie powiedzenie „Nic tak mężczyzny nie upiększa jak samara coraz większa”. Mięsień piwny jak barwnie określa się zwykły brzuch większych rozmiarów, to coś co pojawia się u facetów i niestety nie upiększa. Każdy facet obarczony takim „bagażem” planując wyjazd nad morze zaczyna się zastanawiać jak się tego balastu pozbyć i podejmuje różne postanowienia- będę biegać, chodzić na siłownię, ćwiczyć - by gdy przyjdzie czas wyjazdu znowu mieć marsowy tors i smukłą sylwetkę przyciągającą wzrok kobiet. Postanowienia postanowieniami a życie jak to życie weryfikuje naszą silną wolę. Praca, obiadki u rodzinki, piwko, grille.
Przychodzi czas wyjazdu i zastanawiamy się, patrząc w lustro – co poszło nie tak.
Brzuszysko nie tylko nie zmalało a czasem nawet wydaję się większe. Cholera.
Trudno, wczasy opłacone- jedziemy. A na miejscu dylemat – jak tu wyjść na plażę. Pierwsze nieśmiałe kroki i … im bliżej plaży tym bardziej pryskają nasze obawy.
Okazuje się, że:
- po pierwsze- takich brzuchatych facetów jest na pęczki,
- po drugie- otyłość na polskich plażach to widok jakby powszechny, cechuje mężczyzn, kobiety i nawet i to już niepokojące nastolatki,
- po trzecie- widzimy ludzi którzy mają o wiele bardziej poważne problemy ( zdrowotne- blizny ) i nie wydają się być tym jakoś napiętnowani ( bo i nie mają tak naprawdę powodów).
Tak więc, nie warto patrzeć na swą sylwetkę pod tym kontem bo tak naprawdę, nie w samej sylwetce tkwi wabik na towarzystwo na wczasach ale przede wszystkim w chęci do wspólnego wypoczynku i zabawy.
I ja będąc na plażach w Międzyzdrojach pozbyłem się obaw co do mojego brzucha, choć dalej uważam, że coś z tym „śmietnikiem” warto byłoby zrobić.
I na koniec jeszcze jedna uwaga co do Polskich plaż – dziwne to jakieś, poogradzane parawanami kawałki plaży i to tak gęsto, że ciężko dojść do morza by się kąpać. Na naszych plażach nie widziałem żadnej pani toples – może to i dobrze, może...
Nad Morzem Czarnym gdzie bywałem to raczej kobiety pozasłaniane były w mniejszości co nie zawsze było dobre i apetyczne.
Nawet nad naszym Bersdorfersee można spotkać stroje toples jak i kobiety kąpiące się całkiem nago- nikomu jakoś to nie przeszkadza. Czyżby nasza Polska pruderyjność daje o sobie znać, czy jeszcze nie jesteśmy gotowi na idee z czasów renesansu – nic co ludzkie nie jest nam obce.
Ja zawsze powtarzam- Nie możemy być przeciw nagości bo przecież pod ubraniem wszyscy jesteśmy nadzy. :-)
I tym optymistycznym akcentem kończę i zapowiadam następny wpis poświęcony Zgorzelcowi.
czwartek, 18 września 2014
Krótko na pytania.
Dziś znowu o wszystkim po trochu.
Dziękuję wszystkim co czytają i pytają.
Chciałbym odpowiedzieć na parę pytań.
Dlaczego bieszczadnik?
To, że jestem z Bieszczad już pisałem. To nie jest tak, że wyjeżdża się ze „swoich stron” po ponad czterdziestu latach życia i zapomina. Tam w pięknych krajobrazach kształtowała się moja osobowość, a jak pisał Kasprowicz – góry zwiększają wrażliwość, to i potrzeba obcowania z pięknem i sztuką tam właśnie się budziła. Bieszczady są jakże piękną krainą, zwłaszcza teraz jesienią gdy lasy na stokach gór mienią się kolorami a trawy na połoninach złocą szczyty gór. Ten kraniec Polski to też i trudny rejon do życia, to nie Tatry czy też Karkonosze. Kto odwiedził te góry, to wie jak duża jest różnica. Kilometry dzielące osady w zimie są czasem możliwe do przebycia tylko pieszo lub skuterem śnieżnym. Za czasów mojej młodości z opowiadań kolegów wiem, że w zimie w niektórych osadach robiło się zakupy żywności na tydzień, dwa bo nie wiadomo było kiedy nastanie czas odcięcia os świata. Dziś mimo postępu, rozbudowy dróg i dostępności różnych środków transportu nadal jest to teren trudny. Daleko do teatrów, kin. Daleko do marketów. Zakładów pracy jest mało a z turystyki przecież nie wszystkim uda się utrzymać.
Mimo tych cieni to jest taka magiczna kraina, to miejsce, które zauroczy każdego kto wejdzie na Tarnicę czy też Połoninę Wetlińską. Tych zauroczonych, powracających co jakiś czas są tysiące w całej Polsce a nawet za granicą.
Jesienią tęsknię za moimi Bieszczadami , ale w zimie cieszę się, że mieszkam w rejonie gdzie zimy prawie nie ma.
Dlaczego popieram Ukrainę, dlaczego stoję po stronie banderowców?
Nie popieram żadnych nacjonalizmów, banderowców w szczególności. Pochodzę jak już wspomniałem z krainy gdzie jeszcze żywa jest pamięć zbrodni dokonywanych przez bandytów i zbrodniarzy spod znaku UPA. Mój ojciec pochodzi z Sokala i tam też UPA dokonywała masowych zbrodni. Brat mojego taty był ranny w potyczce z bandą UPA gdy jako członek patrolu „Samoobrony” jechał do płonącej wsi na ratunek tym co jeszcze żyli. To moi dziadkowie z Sokala uciekali przed UPA do Hrubieszowa. Jednak jak już Ukraina powstała i postanowiła iść swoją drogą do demokracji, gdy obrała jakąś wersję rozwoju ( pro zachodnią a nie prorosyjską) to winno się to uszanować. Nie można wprowadzać swoje wojska na teren obcego bądź co bądź państwa, wywoływać walki tylko dlatego , że nie chce uznać czyjejś zwierzchności. Gdy USA podobnie wtrąca się w wewnętrzne sprawy innych państw, też jestem przeciw.
Co z tym „uśmiechem” czy też ubiorem? Czyżby jakiś ukryty kompleks?
Nie. Właśnie, że to chcę przekazać by częściej się uśmiechać. Przecież z uśmiechem każdemu do twarzy. A ubiór męski? No, cóż jakoś tak się ze mną dzieje, że z biegiem lat coraz bardziej mi się podoba mundur jako idealny strój dla mężczyzny. Mój mundur jak się okazało … niestety już trochę zrobił się przyciasny. Jeszcze olimpijka jako tako się dopina ale spodnie to w pasie niestety o zapięciu to mogę jedynie pomarzyć. Stąd też pojawiła się już zapowiedź wątku plaży i kompleksów jaki zamierzam już niedługo opublikować.
I to na razie tyle. Czekam na następne pytania i uwagi.
P.S. Dlaczego piszę choć to nie za bardzo mi wychodzi? Na to pytanie odpowiem już niedługo.
Dziękuję wszystkim co czytają i pytają.
Chciałbym odpowiedzieć na parę pytań.
Dlaczego bieszczadnik?
To, że jestem z Bieszczad już pisałem. To nie jest tak, że wyjeżdża się ze „swoich stron” po ponad czterdziestu latach życia i zapomina. Tam w pięknych krajobrazach kształtowała się moja osobowość, a jak pisał Kasprowicz – góry zwiększają wrażliwość, to i potrzeba obcowania z pięknem i sztuką tam właśnie się budziła. Bieszczady są jakże piękną krainą, zwłaszcza teraz jesienią gdy lasy na stokach gór mienią się kolorami a trawy na połoninach złocą szczyty gór. Ten kraniec Polski to też i trudny rejon do życia, to nie Tatry czy też Karkonosze. Kto odwiedził te góry, to wie jak duża jest różnica. Kilometry dzielące osady w zimie są czasem możliwe do przebycia tylko pieszo lub skuterem śnieżnym. Za czasów mojej młodości z opowiadań kolegów wiem, że w zimie w niektórych osadach robiło się zakupy żywności na tydzień, dwa bo nie wiadomo było kiedy nastanie czas odcięcia os świata. Dziś mimo postępu, rozbudowy dróg i dostępności różnych środków transportu nadal jest to teren trudny. Daleko do teatrów, kin. Daleko do marketów. Zakładów pracy jest mało a z turystyki przecież nie wszystkim uda się utrzymać.
Mimo tych cieni to jest taka magiczna kraina, to miejsce, które zauroczy każdego kto wejdzie na Tarnicę czy też Połoninę Wetlińską. Tych zauroczonych, powracających co jakiś czas są tysiące w całej Polsce a nawet za granicą.
Jesienią tęsknię za moimi Bieszczadami , ale w zimie cieszę się, że mieszkam w rejonie gdzie zimy prawie nie ma.
Dlaczego popieram Ukrainę, dlaczego stoję po stronie banderowców?
Nie popieram żadnych nacjonalizmów, banderowców w szczególności. Pochodzę jak już wspomniałem z krainy gdzie jeszcze żywa jest pamięć zbrodni dokonywanych przez bandytów i zbrodniarzy spod znaku UPA. Mój ojciec pochodzi z Sokala i tam też UPA dokonywała masowych zbrodni. Brat mojego taty był ranny w potyczce z bandą UPA gdy jako członek patrolu „Samoobrony” jechał do płonącej wsi na ratunek tym co jeszcze żyli. To moi dziadkowie z Sokala uciekali przed UPA do Hrubieszowa. Jednak jak już Ukraina powstała i postanowiła iść swoją drogą do demokracji, gdy obrała jakąś wersję rozwoju ( pro zachodnią a nie prorosyjską) to winno się to uszanować. Nie można wprowadzać swoje wojska na teren obcego bądź co bądź państwa, wywoływać walki tylko dlatego , że nie chce uznać czyjejś zwierzchności. Gdy USA podobnie wtrąca się w wewnętrzne sprawy innych państw, też jestem przeciw.
Co z tym „uśmiechem” czy też ubiorem? Czyżby jakiś ukryty kompleks?
Nie. Właśnie, że to chcę przekazać by częściej się uśmiechać. Przecież z uśmiechem każdemu do twarzy. A ubiór męski? No, cóż jakoś tak się ze mną dzieje, że z biegiem lat coraz bardziej mi się podoba mundur jako idealny strój dla mężczyzny. Mój mundur jak się okazało … niestety już trochę zrobił się przyciasny. Jeszcze olimpijka jako tako się dopina ale spodnie to w pasie niestety o zapięciu to mogę jedynie pomarzyć. Stąd też pojawiła się już zapowiedź wątku plaży i kompleksów jaki zamierzam już niedługo opublikować.
I to na razie tyle. Czekam na następne pytania i uwagi.
P.S. Dlaczego piszę choć to nie za bardzo mi wychodzi? Na to pytanie odpowiem już niedługo.
Subskrybuj:
Posty (Atom)