Po dłuższej nieobecności w kraju wróciłem na parę dni i przeglądam to co sie wydarzyło podczas mojej nieobecności.
Po pobycie w Niemczech mam parę pytań do twórcy Nowoczesniej.pl p. Petru bo najbliżej mi do realnych rozwiązań gospodarczych a nie do pobożnych życzeń p. Szydło.
Mianowicie jest to jedno pytanie, które nurtuje mnie od paru dni- Jak to się dzieje, że pracownik zatrudniony na terenie Polski w dużej międzynarodowej firmie dostaje za swa pracę 1/4 tego co ten sam człowiek zatrudniony na tym samym stanowisku w Niemczech?
Rozumiem koszty pracy ( sam byłem pracodawcą) są w RP wyższe o ok. 30 % ale przecież koszty ponoszone w Polsce przez firmę są takie same jeśli nie niższe. Co jest powodem, że jesteśmy w swoim kraju niedoceniani za swą pracę? Dlaczego pracownik KFC w Polsce zarabiający 1500 zł emigruje do Niemiec i pracując w niemieckim KFC na tym samym stanowisku a mający mniej obowiązków zarabia też 1500 ale euro a nie złotych, czyli 4 razy więcej?
Dlaczego pielęgniarka po szkole zatrudniona w szpitalu w Zgorzelcu dostaje najniższą krajową czyli ok. 1200 zł netto a po 25 latach pracy 2000 zł netto gdy w Europie najniższa płaca dla pielęgniarki to 1800 euro?
Jak to się dzieje, że pracownicy firmy Henkel w Polsce zarabiają 1/4 mniej niż analogiczni pracownicy w Niemczech? to tylko przykłady z jakimi się spotkałem a dochodzą tu jeszcze inne firmy jak np. Nagel Logistic, Simens, Amazon i wiele innych.
Jestem w stanie zrozumieć, że filie firm zagranicznych w Polsce inwestują, rozwijają się i mógłbym przyjąć różnicę w uposażeniu na poziomie 30 % ale nie tak drastyczne.
Czy przypadkiem nie staliśmy się krajem tylko i wyłącznie taniej siły roboczej. Niestety nie tak jak Chiny.
Odpowiedź na to pytanie to jednocześnie odpowiedź na pytanie o sukces wyborczy takich "cudów wyborczych" jak Kukiza czy też notowania PiS-u. Te dysproporcje widzą wyborcy i nie są w stanie ich zaaprobować. Można wzywać do "zaciskania pasa" przez parę lat ale nie kilkanaście. Ta sytuacja musi w końcu się zmienić.
Panie Petru jeśli mi Pan odpowie na te pytania w sposób jasny i rzeczowy to będę Pana wyborcą ale jeśli nie to wolę pozostać przy p. Kopacz bo wolę by nie doszło do tego co zapowiada się po dojściu do władzy p. Szydło - nie mam zamiaru dłużej siedzieć w Niemczech.
środa, 8 lipca 2015
niedziela, 31 maja 2015
Wydudanie Polski - wstęp.
Wybory prezydenckie
zgodnie z tym co zapowiadali sztabowcy Dudy przez drugą turą
przyniosło istne trzęsienie ziemi w polskiej polityce a i
zamieszanie w preferencjach wyborców.
PO nie może wyjść
z szoku po przegranej Prezydenta RP a wywodzącego się z tego
środowiska Bronisława Komorowskiego próbuje coś na szybko zrobić
by poprawić swe notowania przed wyborami. Przypomina to szamotanie
się tonącego bo czasu jest mało. Moim zdaniem Tusk za późno
przekazał rząd pani Kopacz, która jest o wiele sprawniejszym
premierem i poza tym nie jest tak silnie uwikłana w układy
koleżeńskie jak Tusk- Nowak czy Tusk-Drzewiecki, podejmuje szybko
decyzje o odwołaniu ministrów w przypadku podejrzeń o działania
niedozwolone i tak w ogóle widać pracę jej ministrów. Tylko, że
dzieje się to zbyt wolno i trochę chaotycznie.
Duda ten Andrzej,
prezydent-elekt Polski Wschodniej jeszcze nie został zaprzysiężony
a już pokazuje , że jego zapowiedzi wyborcze to sobie można między
bajki włożyć. Wystarczyło jedno przemówienie i dwa wywiady by
wyszło szydło z worka, choć dla mnie on nigdy nie był wiarygodny
z uwagi na maczanie palców w aferze ze SKOK-ami i wyrokiem sądowym
gdzie został skazany za podawanie nieprawdy.
Przeszedł sam
siebie apelując do rządu o niepodejmowanie działań bo sobie
wymyślił jakiś okres przejściowy i ubzdurał sobie, że ma
poparcie większości społeczeństwa. Skąd mu to przyszło?
Nie ma niczego
takiego jak „okres przejściowy” w obecnym stanie prawnym. Można
uznać za dobry obyczaj polityczny gdy rząd rządzi a wybory do
parlamentu wygrywa inna opcja polityczna to do zaprzysiężenia
nowego rządu można apelować o powstrzymanie się od działań,
które by krępowały działania nowej ekipy ale Duda wygrał wybory
na prezydenta a sukces wyborczy PiS w wyborach parlamentarnych mimo
optymizmu pisorów wcale to a wcale nie jest pewny.
Zapowiadał powrót
do starego wieku emerytalnego a już okrakiem wycofuje się i
przyjmuje wariant jaki proponował Prezydent Komorowski. Zapowiedział
podatek obrotowy dla marketów wielkopowierzchniowych by sfinansować
reformę emerytalną ale zapomniał, że przecież te firmy przerzucą
te sumy podatku na swoich klientów-czyli na nas- to za takie coś, to
dziękuję. Podobnie majstrowanie z depozytami bankowymi -banki nie
ucierpią bo zapłacą to kredytobiorcy. Nie ta droga panie Duda-
posłuchaj pan ekspertów jeśli zdrowy rozsądek nie wystarczy.
Sprawa pomnika smoleńskiego to coś co nie zjednoczy polaków a
wręcz odwrotnie- podzieli i to jeszcze bardziej niż mu się to
wydaje. Ja osobiście jestem przeciw szpeceniu placu przed Pałacem
Prezydenckim, bo niby dlaczego tam? Bo LK zginął?
Paweł Kukiz montuje
swoje stronnictwo i próbuje tworzyć jakiś program, bo zdał sobie
sprawę, że na samym sprzeciwie i buncie dla samego buntu daleko nie
zajedzie. Co mu z tego wyjdzie to nie wiadomo bo już zraził sobie
część elektoratu swą postawą wobec kościoła nazywając sam
siebie „fundamentalistą”. Ubzdurał sobie, że niby gdyby nie kościół to nie mówilibyśmy po polsku. Skąd takie zdanie- nie wiem. Rzeczpospolita cieszyła się w Europie opinią kraju o największej tolerancji wyznaniowej. Obce nam były wojny religijne i byliśmy schronieniem dla wyganianych i prześladowanych w innych krajach żydów. Dawniej w Polsce nie było takiego przywiązania do religii katolickiej jakie sugeruje się z skrócie myślowym Polak-Katolik. Wyznanie zmieniało się w zależności od sytuacji politycznej (np.wojny polsko- szwedzkie) a tzw. lud zmieniał wyznanie w zależności od wyznania właścicieli majątków. Nawet na Islam przechodzono i nikomu to nie przeszkadzało. Kościół a właściwie jego przedstawiciele - biskupi to byli przeważnie kulą u nogi wszelkich patriotycznych zrywów w czasie zaborów.
Lewica też
podejmuje działania konsolidacyjne ale to raczej nic nowego.
Interesująca
inicjatywa to Nowoczesna.PL ale co przyniesie oprócz odebrania
elektoratu Platformie Obywatelskiej. Niby działania mają wspomóc
naszą gospodarkę i słusznie ale osoba Balcerowicza ma zbyt
negatywne skojarzenia – i słusznie wg mnie.
To mówienie o
wzroście naszych płac, o budowie nowych miejsc pracy – hasło
wszystkich od lewa do prawa – czyli coś konstruktywnego z
minionych wyborów wynikło. Tylko na ile jest to poważne podejście
do poprawienia poziomu życia obywateli a na ile branie przykładu z
Dudy.
Palikot planuje
zwrócić do polityki ale nie wróżę mu sukcesu- miał swoje 5
minut i zupełnie zmarnotrawił duże zaufanie.
PSL nie mówi nic,
oni jak zwykle siedzą cicho bo zamiast robić zamieszanie to ciągną
konfitury z agencji państwowych związanych z rolnictwem- więc po
co zwracać na siebie uwagę. Wychodzą ze starego założenia- nie
ważne kto wygra a PSL i tak będzie w koalicji.
Ogólnie szum i
zamieszanie jest duże, może wyłoni się coś ciekawego z tego
zamieszania ale co do sondaży wyborczych to raczej patrzeć na to
trzeba z dużą ostrożnością bo jak okazuje się co innego
zaufanie, co innego deklaracja wyborcza a jeszcze co innego głos
wrzucany do urny .
I to zdanie dedykują Dudzie i PiS.
środa, 27 maja 2015
Po wyborach- krajobraz po burzy.
Jesteśmy po
wyborach.
Tak jak Kaczyński
wstrzymywałem się od komentowania kampanii wyborczej na bieżąco,
i tak było dużo szumu wokół tego. Dziś gdy powoli kurz opada i
zaczyna się wynurzać nowa rzeczywistość zabieram głos by z mego
stanowiska opisać pokrótce co się wydarzyło wg mnie.
Pojawienie się
Kukiza z bardzo dobrym wynikiem wyborczym akurat mnie nie zdziwiło,
pisałem już po wyborach do europarlamentu artykuł w którym
rozważałem jak wielkie jest pole do zagospodarowania. Wysuwałem
też tezę , że młodzi ludzie nie mają lub nie widzą dla siebie
miejsca w polityce, nie widzą też reprezentanta ich pokolenia na
scenie politycznej na kogo mogliby głosować. Sukces JKM w tamtych
wyborach to właśnie głosy tych, którzy mieli dość zabetonowanej
sceny politycznej, teraz ci sami ludzie plus nowi wyborcy
opowiedzieli się za czymś co ich zdaniem jest „ich głosem” ,
głosem zbuntowanych.
To właśnie ta część wyborców szukała
swoich reprezentantów w obecnych wyborach.
Kukiz to ruch
społeczny nie jakiś konkretny program, to hasła buntu i
odrzucenia. Odrzucenia polityki , która nie zauważa lub
marginalizuje potrzeby i oczekiwania dużej części społeczeństwa.
Elity polityczne to
w przeważającej mierze te same twarze przewijające się od
kilkunastu lat, ludzie którzy tylko zmieniają się stołkami,
funkcjami przynależnością partyjną, bezideowi i oderwani od ludzi
których maja reprezentować i dla których mają służyć. Politycy
przypominają sobie o obywatelach co 4, 5 lat gdy potrzebują głosów
wyborczych.
A jak inaczej
oceniać scenę polityczną gdy głowni aktorzy zmieniają partie w
zależności od konfitur jakie mogą otrzymać, gdy obsadzają
rodzinami intratne stanowiska w spółkach skarbu państwa, gdzie
dają się nagrywać w rozmowach prywatnych w restauracjach podczas
obiadów fundowanych za pieniądze podatników i wypowiadają
żenujące kwestie o tychże podatnikach.
Jak oceniać
polityków żyjących przeszłością, walką z komuną (chwała im
za to) a nie dzielących realne życie obywateli pracujących na
umowach śmieciowych, zmagających się z urzędami, z ZUS-em czy też
walczących by udało się przeżyć do operacji lub zabiegu
planowanego za parę miesięcy.
PO sądzi, że
pokazując wyniki gospodarki , ukończone inwestycje, autostrady,
stadiony itp. uzyska poparcie i dobry wynik wyborczy. Chyba nie, bo
dla przeciętnego Kowalskiego ważna jest dobra droga gdy jedzie nad
morze, czy plac zabaw dla dziecka ale to są rzeczy ważne dla niego
raz czy kilka razy w roku a żyć trzeba codziennie, płacić czynsz
co miesiąc a w kieszeni jakoś nie widać tego wspaniałego wzrostu
gospodarczego.
Cóż z tego, że
buduje się piękne szpitale gdy do lekarza trzeba czekać miesiącami
a za niedługo nie będzie się komu pacjentami opiekować bo
pielęgniarki od kilku lat nie mogą doprosić się podwyżki.
Cóż ze względnego
spokoju społecznego gdy jest to okupione ciągłym zaciskaniem pasa przez
ludzi najmniej zarabiających.
Platforma zapomniała, że głos tego
na umowie śmieciowej jest tak samo ważny jak prezesa zarządu KGHM
ale tych przeciętnych polaków bez wizji na przyszłość jest
więcej niż prezesów.
Wygrał wybory
człowiek bez własnych przekonań, idei, okłamujący wyborów i
obiecujący wszystko i wszystkim. Mimo poparcia PiS i postawie
wiernopoddańczej wobec Kościoła, mimo obłudy zdobył poparcie
młodzieży. Nie dla jego zasług, nie dla jego postawy lecz dla
"zmiany"- cokolwiek ona by oznaczała. To nie było czyste poparcie dla
niego lecz wyraz dezaprobaty dla obecnych warunków życia w Polsce.
Ci młodzi ludzie nie pamiętają jak to było gdy rządził PiS,
dlatego straszenie nim młodzieży nie miało sensu i nie
zadziałało- oni muszą sprawdzić to na własnej skórze i sprawdzą
to już nie długo.
Politycy PO zgodnie
stwierdzają, że nic się nie stało, że przegrana Komorowskiego
ich nie dotyczy ale prawda jest inna. To PBK zapłacił za rządy PO,
za wszystkie nierozliczone afery, za nepotyzm PSL-u, za marazm i tak
naprawdę za rozsądne i bezpieczne ale i bolesne przejście przez
kryzys.
Jeśli Platforma nie
zrozumie, że to jej rządy i brak komunikacji ze społeczeństwem
oraz nierównomierne rozłożenie ciężaru trudnych ekonomicznie
decyzji spowodował zwycięstwo Dudy to klęska w jesiennych wyborach
jest pewna, a dalsze istnienie tej partii stać będzie pod znakiem
zapytania.
Tak prawdę mówiąc,
sądzę, że wybory jesienne do parlamentu są dla Platformy już
przegrane, cokolwiek pani Premier nie zrobi to będzie już działanie
spóźnione, bo część ustaw nie zdąży przejść przez sejm i
senat, część działań będzie odczytywane jako działanie pod
wybory więc jakby nie zrobiła to i tak Duda ją wypunktuje. Nie
mówiąc, że już stawia ją pod ścianą swoim działaniem w
zakresie powrotu do poprzedniego wieku emerytalnego co jest
niemożliwe do realizacji (Prezydent nie powinien wycofywać projektu
zmiany ustawy, który złożył tydzień temu), oraz kwotą wolną od
podatku do akceptacji jest kwota ok. 5 tys. a nie 8 więc też
niemożliwa do realizacji przez rozsądny i odpowiedzialny rząd. To
dopiero będzie krzyk-Prezydent chciał ale Premier sabotuje jego
działania.
PiS nabrał już
wiatru w żagle, już przygotowuje się do przejęcia władzy ale …
i tu uwaga – może się też przeliczyć. Antysystemowcy którzy
poparli obecnie Dudę nie dadzą poparcia jesienią PiS-owi lecz będą
głosować nadal na odsunięcie od władzy tych którzy tą władzę
sprawowali przez ostatnie 20 lat. Partia Kukiza jeśli zostanie
mądrze skonstruowana i przedstawi rozsądny program zmiecie obydwie
partie ze sceny politycznej- tylko czy na to stać mówców
wiecowych, bo na samej negacji daleko się nie zajedzie. Musi być
zmiana ale coś na coś i tu może okazać się, że za samym buntem
nie ma nic.
Lewa strona sceny
politycznej praktycznie nie istnieje, skutecznie zlikwidowana przez
Millera. Tu nie ma co się łudzić- SLD poszło na dno. Zerwała
więzi ze swoim stałym elektoratem przez niefortunną kandydaturę
p. Ogórek. Teraz próbuje się coś lepić z odpadków ale chyba nic
z tego nie będzie- za dużo gadania, za mało pracy a i młodych
twarzy tam nie ma.
Kto przyciągnie wyborców z internetu?
Teraz nie
radio i nie telewizja są mediami służącymi do prezentowania swych
programów. TV jest dobra do trafiania w elektorat w wieku średnim i
starszym ale młodzież nie ogląda telewizji a w radiu słucha tylko
muzyki- całą zaś wiedzę o świecie czerpie z internetu i to tam
trzeba trafiać z przekazem. Właśnie Duda i jego sztabowcy
dostrzegli to jako pierwsi i wykorzystali. Tam przemycili modę na
Dudę i modę na hejtowanie Komorowskiego.
To właśnie w
internecie odbędzie się następna batalia o głosy wyborcze
młodzieży, kto tego nie zrobi lub zrobi to mało skutecznie nie
będzie miał szansy na sukces wyborczy.
I jeszcze jedna
uwaga do pana Prezydenta Komorowskiego- hasło JOW to nie tylko
jednomandatowe okręgi wyborcze ale też można ten skrót odczytać
inaczej – Je….ć Obecną Władzę i to dlatego to hasło zrobiło
taką karierę wyborczą. Niepotrzebny był szum z referendum- szkoda
pieniędzy podatników. To był błąd na miarę gwoździa do trumny.
Tak to jest gdy
traci się kontakt z młodzieżą i wyborcami, jeśli się nie chce
tego robić samemu to trzeba mieć mądrych doradców a nie tylko
wykształconych.
wtorek, 14 kwietnia 2015
Zamek Rajsko, Gryfów i M.Gessler w tle.
W niedzielę korzystając z pięknej wiosennej pogody wyruszylismy w drogę. Celem był zamek Rajsko.
Gdy wspomniałem o tym zamku to wzbudziłem zaciekawienie. A gdzie to? Mieszkanki Zgorzelca mimo, że mieszkają tu od urodzenia jakoś nie natknęły się na informację o nim. Czocha- o, to tak, ale już o tym obiekcie nie słyszały.
Nie dziwię się w sumie, bo do niedawna ponoć był w ruinie.
Zameczek jest pięknie położony na zboczu góry, piękny choć jak na nazwę "zamek" robi wrażenie małego. Dopiero po wejściu na dziedziniec okazuje się, że swoją kubaturę ma.
Zamek po odbudowie czeka na dopuszczenie do używalności i dlatego jak na razie zwiedzanie i wejście na wieżę nie jest możliwe, mimo wielu chętnych.
Ciekawa jest historia tego obiektu- gotycki zamek obronny był też siedzibą rycerzy-rozbójników. Spalony i częściowo zniszczony przez husytów leżał w ruinie ponad 400 lat. Odbudowany w stylu (?!) neogotyckim przy wykorzystaniu ornamentyki pierwotnego zamku sprawia wrażenie bajkowego. Pełnił rolę muzeum gdzie pokazywane były dzieła sztuki bedące własnością właścicieli zamku i pałacu w Biedrychowicach (też piękny obiekt). Przed II wojną światową był schroniskiem młodzieżowym a za czasów PRL rozgrabiony, zniczczony popadł w ruinę jak wiekszość pałaców i zamków na tych ziemiach. Dziś jak widac znów odzyskał świetność i może być atrakcją do obejrzenia dla mieszkańców okolicznych miast i turystów. Warto tu zajrzeć bo i niedaleko od zamku Czocha (po drugiej stronie zalewu). Gdy jako obiekt hotelarski zostanie udostepniony turystom może stać się przykładem, że warto i trzeba ratować dziedzictwo tych ziem. Polska Dolina Loary odzyskała kolejny obiekt a ile jeszcze czeka na odbudowę jak na przykład pobliski zamek Gryf ( też piękna monumentalna budowla).
Parę zdjęć obazujących ten zameczek.
Po wizycie na zamku pojechalismy do Gryfowa Sląskiego. Jadąc do Jeleniej Góry czy do Karpacza mijałem to miasteczko widząc białą wieżę ratusza ale niegdy nie miałem okazji zajechac tam by obejrzeć ja z bliska. Zaciekawiony jak wygląda centrum miasta pojechałem na sam rynek.
Rynek z zabudową XVII i XVIII wieczną oraz ratusz ze swą białą wieżą (trochę specyficzne połączenie stylów) wart obejrzenia. Obok ratusza fontanna. Całość psuje jedna pierzeja rynku zabudowana w stylu -późny Gierek. Nie kpokuszono się przy remontach elewacji na nadanie jakiegoś stylu nawiązującego do pozostałych zabytkowych budowli a przydałby się choćby dach spadzisty a nie płaski bo to wygląda okropnie. Wiadomo chodziło pewnie o brak środków. Szkoda. Ogólnie malownicze misteczko i gdyby jeszcze trochę pieniędzy na renowację zabytkowych kamieniczek to byłaby perełka. Warto jednak tam zajechać na parę minut i wejść do gotyckiego kościoła! Warto to mało jest takich miejsc.
Nad rzeką Kwisą zrobiłem sobie parę zdjęć. Może nie wszyscy wiedzą, że część pereł znajdujących się w skarbcu królewskim w Dreźnie pochodzi własnie z Kwisy. Tu w tej czystej rzece żyły małże. Może nadal żyją bo woda czysta, nie to co Nysa w Zgorzelcu.
Po obejrzeniu rynku udalismy się w ślady Magdy Gessler do ... "Obory". Restauracja po kuchenych rewolucjach.
Zjedliśmy tam obiad. Tanio, dużo i ..., mnie smakowało ale żona mówi- Magdo wróć!
piątek, 10 kwietnia 2015
Smoleńsk
Obawiałem się kolejnej rocznicy tzw. Tragedii Smoleńskiej. Sądziłem,
że Smoleńsk znowu będzie wszędzie, w prasie, telewizji, internecie a potem to
już człowiek obawia się otworzyć lodówkę by i tam nie natknąć się na
„Smoleńsk”. We wszystkich rodzajach, przypadkach i liczbach.
Tym razem, nawet w porównaniu z latami poprzednimi wszystko
urosło, wyolbrzymiało.
Kontrolowany przeciek z Prokuratury Wojskowej stenogramów
podgrzał atmosferę. Nie wiem czy to był dobry pomysł by takie informacje podać
teraz. Zamiar był dobry. Wyciek miał sprowokować do wypowiedzi Antoniego M. i
Jarosława K.., Gdy oni się zaczynali wypowiadać to do tej pory ich notowania
zawsze spadały. Obawiam się jednak, że tym razem może być inaczej, jeśli nie
pokieruje się odpowiednio, aby znowu popadli w absurdy. Chociaż po wczorajszych
wypowiedziach to oni w sumie już tam są- tylko ludzie muszą to zobaczyć.
Pojawienie się nowych stenogramów trochę nadszarpnęło i tak już wątłe zaufanie
do prokuratury. Nie każdy jest na tyle rozsądny i obeznany ze szczegółami
technicznymi nowych odczytów natomiast rodzi podejrzenie manipulacji.
Każdy zdrowo myślący i mający iloraz inteligencji ponad
poziom średnio rozwiniętego szympansa już dawno zrozumiał, że to był
nieszczęśliwy wypadek a raczej suma zaniedbań, uchybień, arogancji i stresu.
Ten lot w ogóle nie powinien się odbyć, ale jak to w Polsce
– tyle razy się udało to i tym razem też się uda
W jak dużym stresie musiała pracować załoga samolotu. Start
opóźniony jak zwykle przez parę prezydencką ( oni zawsze się spóźniali),potem
info o mgle, niewypowiadany, ale istniejący nacisk poprzez sama nawet obecność
gen Błasika w kokpicie ( jestem w 100 % przekonany, że tam jednak był). Gdy do
tego stresu dodamy braki w wyszkoleniu i trudne warunki to obraz staje się
czytelny- nie potrzeba było żadnych wybuchów.
Komisje badające katastrofy lotnicze na całym świcie
podkreślają, że problem z pilotami wojskowymi przechodzącymi do lotnictwa
cywilnego jest taki, że wojskowym wpaja się zadaniowość, czyli wykonanie
powierzonego zadania a nie rzetelna ocena bezpieczeństwa lotu. Linie lotnicze
TransPeru bazujące na pilotach wojskowych kosztowało to kilka tragicznych w
skutkach katastrof możliwych do uniknięcia. W większości przypadków cywilni
piloci podejmowaliby inne decyzje.
Z całym szacunkiem
dla pani Błasik, bo broni imienia męża, ale taka jest prawda, że znając
środowisko mundurowe to siedział w kokpicie i to nie dla swojej przyjemności,
lecz by dopilnować by sprawnie wylądować w Smoleńsku, bo przecież wszyscy
czekają, bo „mały” się zdenerwuje, bo BOR nie zapewnił ochrony na lotniskach
zapasowych- same problemy.
Teraz o zamachu- byłoby to nie ekonomiczne. Brak jakiegokolwiek
uzasadnienia.
Kaczyński wystarczająco się kompromitował na arenie
międzynarodowej i tak na dobra sprawę nie na rękę byłoby go uśmiercać czyniąc z
najgorszego Prezydenta RP, postać w Europie ocenianą, jako tragikomiczną-
męczennika narodu. Nielogiczne, nieekonomiczne i w ogóle bez sensu.
Wczoraj Antek zabrał głos. Słuchałem tych bredni
przyzwyczajony do jego absurdów, ale jak wyskoczył z „przedmurzem” i „salwą” –
to mało z krzesła nie spadłem. Jemu jednak się pogarsza a wydawało mi się to
niemożliwe. Lec pisał o stukaniu od spodu dna, ale nie przewidział, że są tacy,
co potrafią zejść jeszcze poniżej dna dna i tam od spodu usłyszą głos
Antoniego.
Przedmurzem już byliśmy i jakoś nie ma, z czego być dumnym.
Od dziś nie jeden wybuch, ale trzy- to salwa w zachodnią cywilizację- jejku to
przecież musi boleć. Czy takimi wypowiedziami nie prowokuje się działań
odwetowych, czy gdyby sytuacja była odwrotna to byłoby ok i cacy?
Powołanie komisji międzynarodowej do zbadania przyczyn katastrofy-,
czemu nie tylko, jakiej? Kto miałby prowadzić, jaka agencja i czy gdyby doszła
do podobnych wniosków jak nasza to byłby spokój? Zawsze ktoś by zarzucił jej
stronniczość- takie to już nasze „polskie piekiełko”.
Ja nawet przychylam się do tego pomysłu, bo dość mam już
tego chocholego tańca na grobach.
Mam tego serdecznie dość, bo to jest plugawe, niecne,
cyniczne i niechrześcijańskie uprawiać politykę na ofiarach i cierpieniu rodzin
i bliskich ofiar. Do maluczkich duchem to jednak nie dotrze, muszą dostać po
głowie by w końcu zrozumieli, jakimi hienami są. Niezależnie, kto i z jakiej
opcji się wywodzi.
Trudno niech to potrwa trochę, bo przecież inna komisja nie
zrobi tego w dwa tygodnie tylko przeciągnie się na kilka miesięcy lub nawet na
lata. Inaczej będziemy skazani na wieczne wysłuchiwanie bzdur i głupot.
Dajmy w końcu spocząć w pokoju tym, którzy stracili tam
życie, uszanujmy pamięć o Nich.
wtorek, 24 marca 2015
Umierac za Ojczyznę - komentarz do dyskusji.
Dziś trochę z
innej beczki.
Przez media
przemknęła dyskusja na temat dziś gorący a mianowicie poboru do
wojska i ewentualna wizja konfliktu zbrojnego.
Podgrzewanie
histerii wojennej jest jedynie na rękę tym, którzy próbują
osłabić nasza pozycję w świecie. Nie chciałbym się wpisywać w
tą dyskusję ale jednak pewne rzeczy chciałbym podkreślić jako
swój punkt widzenia obecnej sytuacji.
Stare przysłowie
powiada, że historia lubi się powtarzać, inna zaś mądrość
ludowa mówi- Mądry Polak po szkodzie. Te stwierdzenia jak się
okazuje mają swoje odbicie w obecnej sytuacji w Polsce.
W mediach osoby z
pierwszych stron gazet ubolewają nad tym, że zapytani obywatele
tego kraju nie chcą umierać za ojczyznę, że wolą emigrować w
obliczu konfliktu- a ja się chciałbym zapytać czego się
spodziewali? Jakiej odpowiedzi oczekiwali na takie pytanie? Jaką
alternatywę dano społeczeństwu?
Na obecne poglądy
rzutują przecież doświadczenia z historii. Hołubiona II RP a
właściwie jej upadek pokazuje jak zachowuje się elita polityczna w
sytuacji wojny- chroni przede wszystkim własne interesy i emigruje
pozostawiając obywateli własnemu losowi i wspiera słowem
solidarności i poparcia. Żenujące.
We wrześniu 39 roku władze
uciekały do Rumunii, Naczelne Dowództwo zamiast prowadzić wojnę a
więc przegrupować wojsko, wykorzystując Armię Poznań, która
stała bezczynna, do opóźnienia marszu Wermachtu na Warszawę,
uruchomienia rezerw przeprowadzała operację dyslokacji na tyle
sprawnie i szybko, że utracono łączność z jednostkami
frontowymi, a potem sprawnie ewakuując się za granicę do końca
wierząc w sojusznicze zapewnienia o odsieczy.
Dziś słyszymy od
polityków, w tym byłego lidera trzeciej siły politycznej w kraju,
że on jakby co to emigruje, zapewnienia o bezpieczeństwie
gwarantowanym przez NATO, gdy widzimy demonstracje siły to nie
dziwi, że myśl o ucieczce jest tak popularna.
Nikt nie chce
umierać, nikt nie chce narażać własnej rodziny i bliskich na
śmierć- tu nie ma co się dziwić.
I tu uwaga.
Jeśli umierać za
Ojczyzną to nie za taką elitę polityczną jaką mamy, nie za
władze nieudolne, nie za aferowiczów, nie za obłudny kler i
kościół polski ale właśnie za nasze domy, za rodziny za pamięć
o tych co o tą ojczyznę walczyli przed nami.
Nasza historia jest
historią pełną przelanej krwi za Ojczyznę. Rok temu pisałem
jakie to szczęście, że żyjemy w czasach gdy dorasta następne
pokolenie znające wojnę tylko z filmów i książek – to właśnie
jest zadanie polityków by tak sprawować powierzone przez nas
obowiązki by unikać konfliktów zbrojnych i by prowadzić kraj
drogą pokoju. Nie zawsze się da- jak uczy też historia.
Jestem pewny, że
obecne wyniki ankiet to tylko deklaracje a te mają to do siebie, że
w rzeczywistości ni jak się mają do faktycznego zachowania. W
obliczu konfliktu zapewniam, że społeczeństwo ponownie stanęło
by na wysokości zadania tylko czy... nasze władze przygotowały to
społeczeństwo do tej próby?
Nic z chęci walki,
nic z patriotycznego zapału gdy brak jest wiedzy i umiejętności.
Mobilizacja to nie tylko wydanie mundurów i broni. Przecież
większość młodzieży nie ma nawet bladego pojęcia jak strzelać
z karabinu a co dopiero nim toczyć walkę. Wiedza z filmu „Rambo”
nie wystarczy. Strach by się jeszcze przed magazynem broni nie
postrzelili. Piszę o podstawie a przecież technika wojskowa poszła
o wiele dalej, broń jest coraz bardziej wyrafinowana i coraz
bardziej skomplikowana- nam potrzeba żołnierzy a nie mięsa
armatniego. Przykład Ukrainy pokazuje, że jednostki pospolitego
ruszenia nie mają szans w starciu z wyszkolonymi żołnierzami.
Szkolenie na linii frontu jest zaś bardzo kosztowne bo płacić
trzeba życiem.
Władze zaufały
zbytnio gwarancjom NATO i sytuacji politycznej jaka trwała przez
dwadzieścia lat. Teraz czas trzeba nadrabiać a to nie takie proste.
Zaniechano powszechnego poboru do armii ( co było słuszne z punktu
ekonomicznego widzenia) ale nie stworzono nic w zamian. Armia
zawodowa, sprawna i wyposażona to cel do którego dążono ale
niestety jak to u nas nepotyzm, przekręty przy przetargach, układy,
likwidacja w skandaliczny sposób WSI doprowadziły do znacznego
opóźnienia w programie wojskowym do zmarnowania wielu środków,
ludzi ze zdobytym doświadczeniem bojowym.
Polak musi być
mądry przed szkodą i choć twierdzę, że jesteśmy bezpieczni w
obliczu konfliktu na wschodzie dziś, jednak warto się zastanowić
nad polityką obronną na przyszłość. Sytuacja polityczna nie jest
dana raz na zawsze, wschodni sąsiedzi to nie kraje stabilnej
demokracji i różnie jeszcze może się dziać a wtedy musimy być
gotowi na wyzwania.
O postawę Polaków
jestem spokojny, Nie damy się łatwo pokonać o ile nasze władze
nas do tego przygotują a tu już jest trochę gorzej.
środa, 11 marca 2015
Rumunia cz.V i ostatnia.
Dziś kończę opis wyprawy do Rumunii. Trochę mi się to ciągnęło i wyszło, że opisywanie trwało dłużej niż sam pobyt tam. Cóż, życie mi się trochę komplikuje i czasu mam mniej na pisanie. Chwilowo.
Parę słów jeszcze o przeprawie promowej. Dotarliśmy tam jadąc drogą wg mapy i zamiast na most trafiliśmy do przystani. Hm, cóż było robić? Szukać objazdu czy też poczekać trochę i po opłaceniu przedostać się na drugą stronę rzeki. Szybko zapadła decyzja- płyniemy. Zawsze to coś nowego.
Prom to typowa barka zabierająca na pokład samochody, furmanki i ludzi. Nie przypominał w niczym tych promów ze Świnoujścia. Załadunek odbywał się pod dyktando załogi, z przerwami bo pod wpływem ciężaru pojazdów osiadał i musiał się oddalać od brzegu. Po załadunku odbiliśmy i popłynęliśmy. Pokład metalowy rozgrzany słońcem lekko schładzał wiatr.
Po dotarciu do Konstanty nad Morze Czarne, uznaliśmy za właściwe natychmiast zanurzyć w nim stopy ( co najmniej stopy). Więc szybko znaleźliśmy parking, równie szybka de-kompletacja ubioru i ruszyliśmy na plażę.
Byliśmy oczywiście z psem, co budziło niejakie zdziwienie wśród opalających się ludzi, ale co tam... idziemy do wody. I poszliśmy. Moje dzieci po raz pierwszy były nad morzem. Marcin do dziś nie powtórzył tego, więc nic dziwnego- atrakcja na 102.
Po jakiejś godzinie podszedł do nas jakiś pan i delikatnie wytłumaczył, że ta akurat plaża jest częścią przyhotelową i z psem nie wolno tu przebywać. Tak to biedny tłumaczył, jakby mu to sprawiało ogromną przykrość, że musimy wyjść.
Jak mus to mus wyszliśmy z plaży mijając znak znak zakazujący wprowadzania psów- jak musieliśmy być zaabsorbowani widokiem morza, że nie zauważyliśmy go.
Po przejechaniu ok. 5 km. wzdłuż wybrzeża dojechaliśmy do kempingu gdzie można było spokojnie wjechać pod samo morze samochodem, plaża czysta i można było psa brać ze sobą.
Mamaja – fajne miejsce do plażowania. Trochę jak w Mielnie – z jednej strony morze a z drugiej jezioro.
Porozkładane parasole, leżaki ułożone w równych rzędach dostępne dla plażowiczów bez opłat- super. Wieczorem i rano plaża była czyszczona mechanicznie przez ciągnik z czymś co przypominało brony. Tak więc rano było czyściutko, choć już w południe wzdłuż fal pojawiały się skorupy morskich stworzeń i glony. Trochę to było nieprzyjemne chodzenie po skorupiakach.
W dzień były upały, dlatego Marcin siedząc cały dzień w wodzie z materacem spalił się na czerwono. W nocy zaczął gorączkować. Nie dość tego, to jeszcze ok. 2-3 w nocy ciepły wiatr wiejący od morza zmieniał kierunek i zaczęło wiać zimnym powietrzem od jeziora. Pierwszej nocy wyciągnęliśmy z samochodu wszystko czym można było się przykryć. Rankiem gdy słońce zaczęło znowu prażyć wiatr znowu dawał ciepło od morza.
Ciekawie wyglądało gdy na kemping przyjeżdżały samochody.
Po zajęciu miejsca, mężczyzna- głowa rodziny brał butelkę i witał się z sąsiadami, kobiety zaś rozbijały namioty, wyciągały garnki, naczynia , ustawiały grill. Podobał mi się ten podział ról. Kobiety po rozstawieniu biwaku przygotowywały posiłek i wołały swych mężczyzn. Po posiłku wszyscy ruszali dopiero na plażę. Wieczorem znowu mężczyźni nawiązywali znajomości lub grilowali i potem wraz sąsiadami oddawali się uczcie i zabawie. Było wesoło i radośnie. Ares jak zwykle załapywał się na mięso z grilla a raz Rosjanie dali mu taki kawał mięsiwa, że biedny nie dał rady zjeść. Ten to się zawsze urządzi, wystarczy, że da się pogłaskać i o wikt się nie martwi.
My zaś stołowaliśmy się w barze- restauracji delektując się miejscową kuchnią, bardziej pokazując potrawy jakie chcemy zjeść niż wymawiając ich nazwy. Można tam było smacznie zjeść i tanio. Nawet piwo było tanie i w miarę dobre.
Jednak wszystko co dobre szybko się kończy. Tak to już jest, że czas miło spędzany biegnie dużo szybciej niż byśmy chcieli. Opaleni a raczej spieczeni, pełni wrażeń musieliśmy w końcu ruszyć w drogę powrotną.
Jechaliśmy wzdłuż granicy z Mołdawią , przejeżdżaliśmy przez rejony winnic, ale zupełnie inne niż w Tokaju- wyglądają na zaniedbane i zachwaszczone- wino z nich jednak jest robione dobre i pełne aromatu. Kierowaliśmy się ku granicy z Ukrainą. Na przejście graniczne dotarliśmy późnym popołudniem i zaczęło się. Rumunii odprawili nas bez problemów ale po stronie Ukraińskiej zgodnie z moimi przewidywaniami zaczęły się problemy. Pogranicznik sprawdził paszporty- ok, celnik pozaglądał do samochodu i OK ale fitosanitarny zaczął coś marudzić. Zabrał paszport psa i koniecznie chciał zobaczyć psa, potem coś stękał, że przepisy, że choroby itp. Wiedziałem, że chce łapówki a ja nie daję no i problem. Widząc co się dzieje wróciłem do pogranicznika i mu wytłumaczyłem, kim jestem i nie dam „w łapę”. Po małej konsultacji fitosanitarny oddał paszport psa i z uśmiechem rzekł- Czemu ty nie skazał, co ty pogranicznik?
- Potomu szto u mienia wsio w pariadkie i o tom ja znaju.
Ruszyliśmy dalej w kierunku Czerniowce szukać noclegu już na Ukrainie ale o tym następnym razem.
Podsumowując- Rumunia zrobiła na nas wrażenie. Piękny kraj, wart obejrzenia, zwiedzenia. Teraz to już inny kraj niż parę lat temu, więcej Polaków przemierza ten rejon. Polecam z całego serca, dla każdego coś wartego obejrzenia się znajdzie. My do dziś wspominamy ten wyjazd opowiadając przygody, anegdoty i wrażenia jakie w nas zostały. Mówiliśmy sobie kiedyś , że musimy tam wrócić, jednak życie tak nam się poukładało, że chyba nie uda nam się taki wyjazd w tym składzie zorganizować. Córka studiuje w Rzymie, więc atrakcji też ma co niemiara a Marcin może by sobie nad Bałtyk najpierw pojechał. To już dorośli ludzie i … po co im „stary” na wyjeździe?
Parę słów jeszcze o przeprawie promowej. Dotarliśmy tam jadąc drogą wg mapy i zamiast na most trafiliśmy do przystani. Hm, cóż było robić? Szukać objazdu czy też poczekać trochę i po opłaceniu przedostać się na drugą stronę rzeki. Szybko zapadła decyzja- płyniemy. Zawsze to coś nowego.
Prom to typowa barka zabierająca na pokład samochody, furmanki i ludzi. Nie przypominał w niczym tych promów ze Świnoujścia. Załadunek odbywał się pod dyktando załogi, z przerwami bo pod wpływem ciężaru pojazdów osiadał i musiał się oddalać od brzegu. Po załadunku odbiliśmy i popłynęliśmy. Pokład metalowy rozgrzany słońcem lekko schładzał wiatr.
Prom rzeczny.
Nasz voyager na promie.
Wjazd samochodów na prom.
Płyniemy.
Podobny prom płynący w drugą stronę.
Po dotarciu do Konstanty nad Morze Czarne, uznaliśmy za właściwe natychmiast zanurzyć w nim stopy ( co najmniej stopy). Więc szybko znaleźliśmy parking, równie szybka de-kompletacja ubioru i ruszyliśmy na plażę.
Byliśmy oczywiście z psem, co budziło niejakie zdziwienie wśród opalających się ludzi, ale co tam... idziemy do wody. I poszliśmy. Moje dzieci po raz pierwszy były nad morzem. Marcin do dziś nie powtórzył tego, więc nic dziwnego- atrakcja na 102.
Po jakiejś godzinie podszedł do nas jakiś pan i delikatnie wytłumaczył, że ta akurat plaża jest częścią przyhotelową i z psem nie wolno tu przebywać. Tak to biedny tłumaczył, jakby mu to sprawiało ogromną przykrość, że musimy wyjść.
Jak mus to mus wyszliśmy z plaży mijając znak znak zakazujący wprowadzania psów- jak musieliśmy być zaabsorbowani widokiem morza, że nie zauważyliśmy go.
Po przejechaniu ok. 5 km. wzdłuż wybrzeża dojechaliśmy do kempingu gdzie można było spokojnie wjechać pod samo morze samochodem, plaża czysta i można było psa brać ze sobą.
Mamaja – fajne miejsce do plażowania. Trochę jak w Mielnie – z jednej strony morze a z drugiej jezioro.
Porozkładane parasole, leżaki ułożone w równych rzędach dostępne dla plażowiczów bez opłat- super. Wieczorem i rano plaża była czyszczona mechanicznie przez ciągnik z czymś co przypominało brony. Tak więc rano było czyściutko, choć już w południe wzdłuż fal pojawiały się skorupy morskich stworzeń i glony. Trochę to było nieprzyjemne chodzenie po skorupiakach.
W dzień były upały, dlatego Marcin siedząc cały dzień w wodzie z materacem spalił się na czerwono. W nocy zaczął gorączkować. Nie dość tego, to jeszcze ok. 2-3 w nocy ciepły wiatr wiejący od morza zmieniał kierunek i zaczęło wiać zimnym powietrzem od jeziora. Pierwszej nocy wyciągnęliśmy z samochodu wszystko czym można było się przykryć. Rankiem gdy słońce zaczęło znowu prażyć wiatr znowu dawał ciepło od morza.
Mamaja.
Jak się nie spiec siedząc cały dzień w wodzie lub na wodzie?
Dzieciaki na plaży z psem.
Plaża to też miejsce dla zakochanych.
Plaże czyszczone mechanicznie. Parasole i leżaki dostępne dla każdego. No i nie widziałem tam nigdzie "naszych" parawanów- to chyba nasza tylko specjalność.
Ciekawie wyglądało gdy na kemping przyjeżdżały samochody.
Po zajęciu miejsca, mężczyzna- głowa rodziny brał butelkę i witał się z sąsiadami, kobiety zaś rozbijały namioty, wyciągały garnki, naczynia , ustawiały grill. Podobał mi się ten podział ról. Kobiety po rozstawieniu biwaku przygotowywały posiłek i wołały swych mężczyzn. Po posiłku wszyscy ruszali dopiero na plażę. Wieczorem znowu mężczyźni nawiązywali znajomości lub grilowali i potem wraz sąsiadami oddawali się uczcie i zabawie. Było wesoło i radośnie. Ares jak zwykle załapywał się na mięso z grilla a raz Rosjanie dali mu taki kawał mięsiwa, że biedny nie dał rady zjeść. Ten to się zawsze urządzi, wystarczy, że da się pogłaskać i o wikt się nie martwi.
My zaś stołowaliśmy się w barze- restauracji delektując się miejscową kuchnią, bardziej pokazując potrawy jakie chcemy zjeść niż wymawiając ich nazwy. Można tam było smacznie zjeść i tanio. Nawet piwo było tanie i w miarę dobre.
Fragment naszego kempingu wieczorem.
Nasz namiot i samochód.
Jednak wszystko co dobre szybko się kończy. Tak to już jest, że czas miło spędzany biegnie dużo szybciej niż byśmy chcieli. Opaleni a raczej spieczeni, pełni wrażeń musieliśmy w końcu ruszyć w drogę powrotną.
Jechaliśmy wzdłuż granicy z Mołdawią , przejeżdżaliśmy przez rejony winnic, ale zupełnie inne niż w Tokaju- wyglądają na zaniedbane i zachwaszczone- wino z nich jednak jest robione dobre i pełne aromatu. Kierowaliśmy się ku granicy z Ukrainą. Na przejście graniczne dotarliśmy późnym popołudniem i zaczęło się. Rumunii odprawili nas bez problemów ale po stronie Ukraińskiej zgodnie z moimi przewidywaniami zaczęły się problemy. Pogranicznik sprawdził paszporty- ok, celnik pozaglądał do samochodu i OK ale fitosanitarny zaczął coś marudzić. Zabrał paszport psa i koniecznie chciał zobaczyć psa, potem coś stękał, że przepisy, że choroby itp. Wiedziałem, że chce łapówki a ja nie daję no i problem. Widząc co się dzieje wróciłem do pogranicznika i mu wytłumaczyłem, kim jestem i nie dam „w łapę”. Po małej konsultacji fitosanitarny oddał paszport psa i z uśmiechem rzekł- Czemu ty nie skazał, co ty pogranicznik?
- Potomu szto u mienia wsio w pariadkie i o tom ja znaju.
Ruszyliśmy dalej w kierunku Czerniowce szukać noclegu już na Ukrainie ale o tym następnym razem.
Podsumowując- Rumunia zrobiła na nas wrażenie. Piękny kraj, wart obejrzenia, zwiedzenia. Teraz to już inny kraj niż parę lat temu, więcej Polaków przemierza ten rejon. Polecam z całego serca, dla każdego coś wartego obejrzenia się znajdzie. My do dziś wspominamy ten wyjazd opowiadając przygody, anegdoty i wrażenia jakie w nas zostały. Mówiliśmy sobie kiedyś , że musimy tam wrócić, jednak życie tak nam się poukładało, że chyba nie uda nam się taki wyjazd w tym składzie zorganizować. Córka studiuje w Rzymie, więc atrakcji też ma co niemiara a Marcin może by sobie nad Bałtyk najpierw pojechał. To już dorośli ludzie i … po co im „stary” na wyjeździe?
Subskrybuj:
Posty (Atom)